'Deadpool' - momenty były

/
01:20:00

Właściwie miałam pójść do kina tylko dla rozrywki i nie pisać recenzji, bo wszystko już pewnie zostało napisane (choć, sądząc po zapełnieniu sali kinowej – jeszcze nie wszyscy widzieli), ale ostatecznie stwierdziłam, że każda okazja jest dobra żeby wrzucić coś od siebie, więc here we go. Recenzja skrótowa.

Deadpool jaki jest, każdy widzi. To swego rodzaju antybohater: nieokrzesany, ironiczny, niesamowicie sprawny i silny, i nikt nie wie na jakiej zasadzie działa animacja oczu w jego kostiumie. Ma ukochaną, z którą od razu przechodzi do sedna, nie marnując czasu widzów. Ma soft side, idealnie dopełniającą jego cyniczną osobowość, dzięki czemu łatwo go pokochać. I potrafi przykuć do siebie uwagę. Aktorsko jest całkiem nieźle, fabularnie - dość sztampowo, ale serio - na ten film nikt nie idzie dla fabuły.

Humor w filmie jest właściwie dla każdego. Znajdą coś dla siebie znawcy żartów o penisach, wielbiciele intertekstualności i burzenia czwartej ściany, klienci Ikei (do tego podpunktu zawarłam już chyba całkiem sporą część społeczeństwa) czy filmów superbohaterskich jako takich – o ile są otwarci na nieco inne ujęcie tematu, bo Deadpool jest może super, ale niezbyt bohaterski (i, tak jak lubię jego zdystansowany i autoironiczny sposób bycia, tak niektóre jego decyzje życiowe…). Niektórzy na pewno mogą się poczuć zniesmaczeni, niektórzy mogą pożałować, że nie obejrzeli uważnie trailerów i zabrali na film swoje nastoletnie dzieci, ale myślę, że wystarczy odrobina dobrej woli lub choćby jedno małe piwo przed seansem, by dostrzec w filmie sporo dobrego.


Jedną z takich dobrych rzeczy było kreatywne wykorzystane najpopularniejszych klisz fabularnych. Już sam początek filmu nie zawiera nazwisk aktorów i twórców filmu, a hasła takie jak „British villain”, „Hot chick” czy „Emo teenager” (o ile dobrze pamiętam). Postacie są archetypiczne, ale nie nudne i wcale nie zawsze śmiertelnie przewidywalne – inaczej nie byłoby komedii – i końcowy efekt wymieszania znanej wszystkim osi fabularnej i znanych postaci z przewrotnymi pomysłami i ciętym humorem sprawił, że czułam się jednocześnie jak w domu i jak na niezłej imprezie. Bardzo podobały mi się żarty z takich oczywistych elementów filmów superbohaterskich jak kostium, a także potraktowanie z lekkością scen walk (które – przyznajmy to szczerze – są wszędzie takie same i naprawdę czasem tylko comic relief ratuje im honor). I przy okazji wyróżnię naszego British villaina, bo nie tylko jest British, co samo w sobie jest godne uznania i odnotowania, ale jest też wspaniałym villainem. Nie jest żałośnie opętany żądzą zemsty, nie gada za dużo (co jest aż zbyt łatwą do sparodiowania kliszą, dlatego cieszę się, że w „Deadpoolu” poszli w inną stronę – Hi Francis!) i bardzo dobrze się prezentuje. Naprawdę, dla tej króciutkiej scenki na autostradzie, gdzie – przebity na wylot kataną – w seksownej pozie przysłuchuje się gadaniu Deadpoola, poszłabym do kina jeszcze raz. W filmie zresztą w ogóle było dużo całkiem dobrych żartów i nie ma sensu wymieniać ich wszystkich – lepiej obejrzeć film i przekonać się samemu. Nie wszystkie będą dla każdego zrozumiałe i nie wszystkie będą każdego w takim samym stopniu śmieszyć (chyba, że jest się parą, która siedziała obok mnie w kinie i śmiała się od pierwszej do ostatniej sekundy, ale oni mieli chyba lepsze wspomaganie niż jedno małe piwo), jednak optymistycznie zakładam, że każdy będzie w stanie znaleźć coś dla siebie.


Klisze niefajne też się niestety znalazły, a właściwie głównie jedna mnie zirytowała – bezsensowny powód, na którym opiera się konflikt i dramat głównego bohatera. Spoiler alert: „moja ukochana mnie nie zechce, bo mam brzydką buzię, ojojoj, na wszelki wypadek nie będę się jej pokazywał przez kilka lat, bo jeszcze się okaże, że babka jest wyluzowana i się tym nie przejmie”. No cóż, nie można mieć wszystkiego i w sumie ludzka rzecz – zwątpić w drugą osobę i zachorować na przerost szlachetności. Dość, że wątek został rozwiązany dość wdzięcznie (jak na „Deadpoola”, oczywiście).

Sama konstrukcja filmu przypadła mi do gustu. Owszem, fabularnie mamy to, co zawsze, czyli wprowadzenie o postaciach, zarysowanie konfliktu, trochę mordobicia, a potem duże mordobicie na koniec i w końcu happy end, ale nie miałam wrażenia, że ten schemat w przypadku „Deadpoola”, jako filmu nowego typu, się nie sprawdza. Przeciwnie, zauważyłam w jego realizacji pewien powiew świeżości, mianowicie dzięki przeplataniu teraźniejszości z retrospekcjami. Wprowadziło to naprawdę fajny dynamizm, rozbiło sceny walki na znośne kawałki (albo rozbiło retrospekcje na znośne kawałki, zależy co kto woli) i stworzyło równowagę między zabawnym, a po prostu ciekawym (że nie użyję słowa „poruszającym”, bo aż tak wysoko film nie aspirował, ale doceniam obecność poważniejszych fragmentów i naprawdę spodobało mi się uwzględnienie czegoś tak realnego i przykrego jak śmiertelna choroba – i to wcale nie w sposób płytki i komisowy).


Zgrabne i dopracowane efekty komputerowe wieńczą dzieło, tak jak i ujmujące montaże (rozwój związku głównych bohaterów był przedstawiony w sposób dość pikantny, ale na mnie i tak zrobił głównie wrażenie uroczego – szczególnie etap Halloweenowy). Może nie wyszłam z kina oniemiała w wrażenia, ale zatęskniło mi się do bohaterów niejednoznacznych, z poczuciem humoru, dystansem do siebie i nie bez skazy. Do tej pory miałam tylko Lokiego (że co, że to nie jemu miałam kibicować?) a teraz mogę też mieć Deadpoola.


You may also like

2 komentarze:

  1. O, dobrze, że ktoś w końcu zwrócił uwagę na ten niezbyt przekonujący motyw "Deadpoola" pt. "jestem brzydki, więc ona mnie nie zechce". Tak - mnie też on uwierał. Ale była to jedna z nielicznych rzeczy. Ambiwalentnych bohaterów komiksowych już mieliśmy na ekranie, ale ten film pokazał, że tego typu postaci rozwijają skrzydła dopiero z kategorią wiekową R. Czuję, że niedługo zrobi nam się wysyp superbohaterskich produkcji dla dorosłych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby chociaż gdzieś się przesłyszał, że ona by go nie chciała z brzydką twarzą, czy cokolwiek, ale jak dla mnie to tam wszyscy byli zbyt wyluzowani i pewni siebie, żeby się przejmować takimi rzeczami.
      O tak, kategoria R pozwala wyciągnąć na światło dziennie te cechy, które inaczej są zupełnie uśpione i przykryte. Przez brak ograniczenia wiekowego większość postaci komiksowych w filmach to jednak takie miśki.

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.