Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty


Kiedy okazało się, że powstanie film na podstawie króciutkiej książki przedstawiającej magiczne stworzenia ze świata Pottera, chyba nikt nie wiedział czego się spodziewać. Ja sądziłam, że pewnie dostaniemy jakiś film drogi, na której kolejne przystanki będą obfitować w nowe stworzenia, aż w końcu poznamy wszystkie jakie Rowling wymyśliła, a w tle może przewinie się jakiś wątek przygodowo-miłosny. Okazało się, że jest lepiej.


Przede wszystkim film jest niezwykle uroczy. Niewiele przypomina filmy o Potterze, bo akcja rozgrywa się zupełnie gdzie indziej i dotyczy ludzi dorosłych, a nie nastolatków. Zostaje nam jedynie to samo uniwersum i gdzieniegdzie przebijająca się znajoma muzyka.
Akcja rozwija się niejako na dwóch płaszczyznach – mamy misję Newta Skamandera, polegającą na uświadamianiu czarodziei na temat magicznych stworzeń i dbaniu o dobro i bezpieczeństwo tych drugich. Ale jest też płaszczyzna druga, mroczniejsza, dotycząca działań Grindelwalda. W tle zarysowuje się sytuacja czarodziei w Ameryce.


Zacznę od ostatniego, bo w tym kierunku powędrowały moje myśli od razu po seansie. Całe tło społeczne, czarodziejskie zachowania i zasady zostały przedstawione mniej więcej tak, jak Rowling zawsze przedstawiała je w książkach. Nigdy nie dawała nam odpowiedzi na wszystkie pytania – tego jest zwyczajnie za dużo – ale w ogromie detali mogliśmy zawsze doszukać się jakiejś spójnej całości, obrazu magicznej rzeczywistości. Dotychczasowe ekranizacje z uniwersum Pottera (może z wyjątkiem dwóch pierwszych części – te książki były wystarczająco krótkie, by dało się wiele przenieść na ekran) nie pozwalały na odtworzenie tego bogactwa. Tym razem mogliśmy nacieszyć się naprawdę długimi scenami, które przybliżały nam magiczne stworzenia, a sceny w ministerstwie czy w domu bohaterek nie sprawiały wrażenia pośpiesznie wciśniętych, bez wykorzystanego potencjału stworzonego przez Rowling świata. Przeciwnie – można niektóre sceny uznać za przydługie, choć chyba żaden potteromaniak nie będzie mieć z tego powodu pretensji. Mnie zdecydowanie przypadło do gustu to, że wyraźnie cała akcja została napisana pod film i to widać, podczas gdy filmy o Potterze czasem wydawały się trochę poszatkowane. 
To jednak w kwestii świata przedstawionego - fabuła mogłaby zostać lepiej doszlifowana, bo brak tam równowagi, za dużo jest rozdrabniania, które prezentuje się dobrze, ale ostatecznie funduje trochę scen niepotrzebnych, trochę za bardzo rozlazłych, które nie są niezbędne i spowalniają dynamikę. Film jest sympatyczny, ale z nóg mnie nie zwalił.



Nie jestem fanką urody Eddiego Redmayne’a, ani też jego fanką w ogóle, więc moja opinia na jego temat może być tak obiektywna, jak to tylko możliwe, a moim zdaniem zagrał świetnie (mistrzowska scena z wcale-nie-nosorożcem zasługuje na specjalnie wyróżnienie – nie każdy potrafiłby odstawić coś takiego i przy tym nie wyglądać idiotycznie, a jedynie tak ciekawie, jak zawsze wyglądali ekscentryczni czarodzieje w powieściach Rowling). Przede wszystkim stworzył postać bardzo sympatyczną i prezentującą się lekko nieporadnie, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że oto oglądamy kolejnego bohatera idealnego, któremu wszystko wychodzi bo tak. Newt spędził po prostu bardzo dużo czasu studiując to, co robi i dzięki pracy i doświadczeniu doszedł do takiej wprawy, że wiele rzeczy mu wychodzi, no i nie zapominajmy – w końcu jest czarodziejem. Wraz z panem Kowalskim, rozbrajającym mugolem polskiego pochodzenia, którego losy przypadkiem krzyżują się z losami Newta, tworzą bardzo zgrany duet, który ogląda się z prawdziwą przyjemnością - głównie jednak jako komediantów, bo dramaty i moralne rozterki gdzieś tam się w filmie pochowały. 


Tu przyznam, że dla mnie właśnie ten team „robi” cały film pod względem łapania widzów za serducho – ich życie uczuciowe schodzi na dalszy plan w natłoku tego, co dzieje się na ekranie – i moim zdaniem bardzo dobrze się dzieje. Dwie siostry, z których jedna próbuje opanować niesfornego Newta, a drugiej (moja faworytka) wpadł w oko Kowalski, delikatnie wprowadzają romansową atmosferę, ale (przynajmniej na początku, bo potem się okaże) nie ma mowy o niczym szczególnym - wszystko się trochę rozmywa i jest family friendly. Mamy jednak sporo materiałów i poszlak, które pewnie doczekają się rozwinięcia w kolejnych częściach „Fantastycznych zwierząt”.


Jeśli chodzi o ten drugi, Grindelwaldowy, wątek, to przypadł mi do gustu zdecydowanie mniej. Jasne, mamy w nim świetnego Ezrę Millera, który wygląda w tym filmie na tak sponiewieranego, że aż trudno uwierzyć, że to ten sam Ezra z „Musimy porozmawiać o Kevinie”. Cóż jednak poradzić, kiedy mimo dobrej obsady otrzymujemy intrygę trochę za bardzo rozciągniętą, a przy tym podaną trochę za szybko, nie klejącą się. Trochę mi tam brakowało dynamizmu, podkręcenia atmosfery, trochę więcej mięsa na kościach wątków pobocznych. Może dzięki temu zakończenie robiłoby większe wrażenie, bardziej uderzałoby w widzów i byłoby bardziej klarowne. Tymczasem mnie intryga nie zdążyła poruszyć, a wręcz w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać „ale jak to, to już?”. Myślę, że to dlatego, że o ile do takiego Kowalskiego zdążyliśmy się przyzwyczaić, poznać jego ambicje i sposób bycia, to ten drugi wątek gdzieś tam się przewijał i zdawało się, że idzie w kierunku A, kiedy nagle – hyc! – kierunek B, proszę państwa, proszę się przejmować. Pozostaje mieć nadzieję, że jakoś się to naprawi w następnej części, że wątek Newta i ten drugi, mroczny, będą się lepiej zazębiać.


Na sam koniec kilka słów o oprawie wizualnej i powiem szczerze, że to jest to. Tych wszystkich nieśmiałków, niuchaczy i innych magicznych futrzaków bardzo mi brakowało w Potterze i cudownie było się im wszystkim przyjrzeć. Jeden czy dwa może były trochę zbyt udziwnione jak na mój gust, ale złotopióry gryfopodobny pan całkiem mnie kupił. Szkoda tylko (mały spoiler!), że nie miał szansy pobłyszczeć na koniec w słońcu – miałby szansę przebić scenę ze Smaugiem w drugiej części „Hobbita” (koniec spoilera).



Poza tym świetnie zostały zgrane drobne elementy, które są nam znane z dotychczasowych filmów – jak choćby pewne detale w wystroju ministerstwa – z ogólnym wyglądem minionej epoki – zarówno w kwestii wystroju wnętrz jak i ubioru. Dzięki temu dostaliśmy coś całkiem nowego, ale nie zupełnie obcego – taki efekt jak najbardziej zasługuje na pochwałę. A na lata 20. czy 30. zawsze miło jest popatrzeć.
Mam nadzieję, i mówię to z zachowaniem należytej powagi, że w następnej części przebiegnie przez ekran 1500 jednorożców. W końcu to magiczne stworzenia powinny być tu głównymi bohaterami.
Podsumowując, seansu nie odradzam, ale też nie polecam entuzjastycznie. Nawet to, co mi się nie podobało nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, by się bardzo oburzać, a za to pewne elementy były sympatyczne. Przekonajcie się sami, jeśli jesteście potteromaniakami, w innym wypadku zastanówcie się czy nie wybrać czegoś innego.


W zasadzie każdy film można nazwać filmem nie dla każdego, bo chyba jeszcze się taki nie znalazł, który bez szemrania obejrzałby absolutnie wszystko, co podetkną mu pod nos, i jeszcze byłby zadowolony z rezultatu. „Neon Demon” prawdopodobnie należy do tej kategorii jednak trochę bardziej niż większość tego, co można obejrzeć w kinach, a wszystko za sprawą specyficznej oprawy wizualnej. Film mieni się kolorami, błyska i skrzy się, piękno przeplata się – nie, może nie z brzydotą, chyba że tą wewnętrzną, zgnilizną moralną – ale z szaleństwem, dzikością, surrealizmem. To, w gruncie rzeczy, prosta historia dziewczyny w wielkim mieście, ale historia, która sama w sobie nie jest zbyt istotna, a dzięki Lynchowskiej stylistyce nabiera mocnego rozpędu. Jednak czy rozpędziła się w dobrym kierunku i do odpowiedniej prędkości?

Podobne filmy już były. Pisałam o serialu „Pot i Łzy”, który przedstawia historię aspirującej primabaleriny, przywoływałam „Czarnego Łabędzia” czy „Show Girls”. Dodać do tego miksu trochę Lynchowskiego surrealizmu, i bogatych obrazów jak z „Wielkiego Piękna” i mamy receptę na nowy film i lekkie deja vu. Jeśli komuś wspomniane przeze mnie tytuły niewiele mówią, a od mieszanki zmysłowości i surrealizmu trzymają się z daleka,  wtedy tak, może poczuć się filmem zadziwiony. Myślę jednak, że „Neon Demon” nie ma aspiracji by szokować. Ten film jest ucztą dla oczu, porzuca realizm na rzecz symbolizmu. W swej ostrości i pikanterii nie jest zbyt dosadny, nie daje do końca jasnych odpowiedzi, ani ich nie szuka. Ostatecznie jednak ukazuje ludzkie słabości, a do tego momentu groteska narasta do tego stopnia, że nie może być mowy o moralizatorstwie, a jedynie o zabawie formą.


Jesse (Elle Fanning) jest trochę jak z bajki Disney’a: niewinna księżniczka, olśniewająca od pierwszego wejrzenia swoim naturalnym pięknem. W Los Angeles nikt nie jest tak niewinny ani naturalnie piękny, więc – rzecz jasna – to się ceni. I tego się zazdrości. Droga rozwoju Jesse w karierze modelki nie jest tu jednak kluczowa. Choć obserwujemy jak nawiązuje relacje i jak się zmienia, a przemianę przechodzi spektakularną i zaskakującą, to ostatecznie największe wrażenie w filmie robi to jak bardzo w pewnym momencie reżyser odrywa się od rzeczywistości, by zaadoptować coraz więcej elementów baśniowych, surrealistycznych, odwróconych schematów i przerysowanych obrazów. Dominują one cały film, spychając niektóre wątki na dalszy plan, innych zupełnie nie rozwiązując – w końcu zwykłe życie i zwykli ludzie w świecie takich modelek nie jest warte odnotowania (co może irytować widzów spragnionych fabuły).


Warstwa symboliczna (nie mylić z filozoficzną) jest w filmie obecna od samego początku. Podczas gdy Jesse w swej naturalności zachowuje się bardzo ludzko, nieraz niezręcznie bądź rozbrajająco niewinnie, jej koleżanki po fachu – doświadczone modelki po przebytych licznych operacjach plastycznych – wypadają bardzo sztucznie, recytując teksty bez wyrazu i prawdziwych emocji, używając jedynie wystudiowanych gestów. Coś, co z początku może wydawać się kiepską grą aktorską, okazuje się z czasem kolejnym zabiegiem stylistycznym. Wyławianie tego typu smaczków i drobiazgów to jedna z większych przyjemności płynących z oglądania „Neon Demon”.



Wiele osób, wychodząc z kina, zwraca uwagę na pulsującą muzykę i energetyczną atmosferę, dla mnie jednak siła filmu zdecydowanie tkwi w warstwie wizualnej. Niemal każdy kadr można smakować godzinami. Szczególnie magiczną i zapadającą w pamięć była dla mnie scena z pumą, której nieokiełznana energia była ciekawym zwiastunem nadchodzącej atmosfery zagrożenia, a także przeobrażenia bohaterki. Ciekawe jak Jesse, od początku świadoma swojego piękna, stopniowo porzuca otoczkę niewinności by okazać się coraz bardziej pusta w środku. Ale ta jej droga wcale nie jest osią filmu, tak naprawdę fabuła jest szczątkowa i znaczy niewiele w ogólnym rozrachunku, na co szczególnie wskazuje zakończenie. Dlatego wybierającym się do kina proponuję przede wszystkim wczuć się w atmosferę, wyluzować, przetrzeć okulary i przygotować na to, że po wyjściu na dwór wszystko wyda się na chwilę szare i nijakie, ale za to swojskie. To przedziwne zderzenie z rzeczywistością jest ciekawym efektem ubocznym seansu w kinie.


Wrócę jeszcze do kwestii tempa i kierunku, w jakim podąża film. To, że coraz bardziej odrywa się od rzeczywistości jest moim zdaniem plusem, pozwala rozwinąć skrzydła twórcom odpowiedzialnym za formę, hipnotyzuje. Jednak ostateczny moment kiedy film staje się surrealistyczno-symboliczny, jest moim zdaniem umiejscowiony trochę późno, niejako w formie zwieńczenia utworu. Zastanawiam się czy nie byłoby ciekawiej gdyby skręcić w tę stronę już wcześniej, a było ku temu wiele okazji. Film przede wszystkim czaruje obrazem, więc dlaczego by nie skorzystać?

Na koniec uwaga ogólna, nie ode mnie osobiście, ponieważ ja filmy dziwne i makabryczne bardzo lubię, więc mnie szokuje niewiele, ale: film może być szokujący. Od krwawych obrazów, przez seksualizowaną przemoc, po nekrofilię, w „Neon Demon” roi się od wszelkiego rodzaju dziwactw i okropności. Czy jednak będziemy się tego bać i brzydzić, czy raczej potraktujemy jako element wystroju niczym w wideoklipie Lady Gagi, to już zależy od nas samych.

Polecam na dużym ekranie, na luzie, bez zawyżonych oczekiwań. 

W kinie niemym słowa – oczywiście – nie padały, ale gra aktorska była bardzo specyficzna, wyrazista i teatralna, aby przejrzyście przekazać przeżycia bohaterów. Poza tym, częściej lub rzadziej, na ekranie pojawiały się plansze z najważniejszymi kwestiami czy dialogami i ostatecznie trzeba przyznać, że milczenie zwykle nie niosło za sobą najmniejszych problemów ze zrozumieniem przekazu, ani też nie wymagało od widzów ponadprzeciętnej empatii, która byłaby niezbędna do współodczuwania z bohaterami. Dziś zabieg ograniczenia ilości słów, a nawet całkowitego wyzbycia się ich jako środka przekazu, to większa rzadkość, ruch często ryzykowny. Jesteśmy przyzwyczajeni do prostego kina akcji i lekkich komedii, często chodzimy do kina aby odpłynąć daleko od codziennych problemów, zrelaksować się i poddać filmowym sztuczkom, które pozwalają widzom ograniczyć wysiłek umysłowy. Czasem wręcz przeciwnie – spragnieni jesteśmy intelektualnego wysiłku, zabawy słowem, szukania nawiązań i polemiki z autorem, głębszej refleksji. Jednak jest też ta trzecia (w uproszczeniu podzielmy kino na trzy) możliwość, która celuje prosto w serce i tylko tam. A sercu słów nie potrzeba, zostawmy je rozumowi.

Chcę wam dziś przedstawić kilka filmów, które przemawiają tylko, lub przede wszystkim, obrazem, przemawiają do głęboko ukrytych emocji i poruszają je w taki sposób, że czujemy w sobie jakąś zmianę, choć nie umiemy do końca jej określić. To filmy, nad którymi nie trzeba się zastanawiać, ale warto je poczuć.


Pusty dom (Bin Jip) – Kim Ki-duk, 2004

To nie tylko mój ulubiony film z cyklu tych, w których pada niewiele słów – to w ogóle jeden z moich ulubionych filmów; jeden z tych, które rozpaliły we mnie miłość do kina azjatyckiego (może jeszcze o tym napiszę, ale moim zdaniem nikt tak dobrze nie rozumie i nie przedstawia tematu samotności jak Azjaci). To również idealny wybór jeśli ktoś chciałby rozpocząć swoją przygodę z reżyserem – Kim Ki-dukiem. Trudno znaleźć gdzieś tyle magii i spokoju, tak przejmującego piękna. Ten film to zen.

Sun-hwa piękną jest żoną bogatego mężczyzny, który stosuje przemoc domową. Tae-suk, pod nieobecność właścicieli, włamuje się do przypadkowych mieszkań, sprząta, robi pranie i dokonuje drobnych napraw, a po paru dniach znika bez śladu, jak duch. Któregoś dnia Tae-suk trafia do domu, który nie jest opuszczony – mieszka w nim Sun-hwa. Wszystko skończyłoby się z momencie powrotu okrutnego męża z pracy, jednak pomiędzy młodymi ludźmi nawiązuje się – bez słów – nic porozumienia i kobieta spontanicznie opuszcza dom w towarzystwie nieznajomego i zaczyna dzielić z nim specyficzny styl życia. Gdybym miała porównać do czegoś „Pusty dom”, to prawdopodobnie wybrałabym porównanie do haiku. W pierwszy wersie się poznają, w drugim wiodą niezauważalne życie lekkiego zefirku, a w trzecim wykorzystują tę umiejętność i stają się silniejsi oraz przeciw wszystkiemu – na swój sposób razem, na swój własny sposób szczęśliwi.


Plemię (Plemya) – Mirosław Słaboszpycki, 2014

Film o tyle ciekawy, że faktycznie nie pada w nim praktycznie ani jedno słowo – bohaterowie posługują się językiem migowym, a twórcy celowo nie umieścili żadnych podpisów czy tłumaczenia. „Plemię” opowiada bardzo trudną historię młodzieży uczącej się w szkole z internatem, dla osób głuchoniemych. Główny bohater, nowy w szkole, musi wpasować się w świat pełen przemocy i niebezpieczeństw, ciągłych zatargów z prawem, prostytucji i niesprawiedliwości. Choć niepełnosprawni, nikt nie powie o bohaterach tego filmu, że są słabi. Bije od nich zdecydowanie i siła, nawet jeśli są zagubieni w tym ogromnym świecie. Jednak nawet na skraju wytrzymałości nie zatrzymują się, nie roztkliwiają, tylko brną mocniej i dalej, pod wpływem instynktu, aż robi się za późno na odwrót.

Mimo minimalizmu, a może właśnie przez kontrast jaki tworzy z nieprzyjemną tematyką, film dostarcza dużych wrażeń. Kiedy bohaterowie o coś się kłócą, wychwytujemy w tym tylko podstawowe uczucia, nie ogarniamy sytuacji rozumowo. Wychodzimy z seansu z poczuciem, że obejrzeliśmy trudną, realistyczną historię, bez zbędnego moralizatorstwa, a tylko od nas samych zależeć będzie końcowa interpretacja zachowania bohaterów, których oglądamy przecież z dużego dystansu i możemy sobie ich dialogi dopowiadać, ale nigdy nie będziemy mieć pewności. Trochę tak, jakbyśmy obserwowali ich przez lornetkę i próbowali ułożyć kawałki w jeden obrazek.


Przed rozstaniem (Last Summer) Leonardo Guerra Seràgnoli, 2014

Ta produkcja, choć nie tak azjatycka jak „Pusty dom” (jedynie główna bohaterka jest Japonką) ma w sobie właśnie to azjatyckie piękno i spokój, o którym mówiłam wcześniej. Dominują tu przepiękne, długie ujęcia, kamera spokojnie śledzi bohaterów, a najważniejsze relacje narysowane są subtelnie i bez zbędnych słów, natomiast tło akcji ograniczone jest do minimum. Bardzo cenię takie filmy, w których nie ma wszystkiego, gdzie właściwie brakuje więcej niż dostajemy, ale dzięki temu możemy w pełni skupić się na tym, co mamy.

W „Przed rozstaniem” Naomi, posągowa piękność, dostaje kilka dni na neutralnym gruncie (w tym przypadku na jachcie) na pożegnanie się z synkiem. Nie wiemy co dokładnie zrobiła, ale nie będzie mogła się z nim widzieć do czasu, aż dziecko osiągnie pełnoletniość. Problem z pożegnaniem jest jednak taki, że chłopiec wyraźnie prawie nie zna matki, a większość obsługi nastawiona jest do kobiety bardzo wrogo, bazując na plotkach i strzępkach informacji. Zbliżenie się do syna jest więc dla Naomi czymś bardzo trudnym, bo żałuje swojej nieobecności, a ma zbyt mało czasu na naprawienie błędów. Do syna musi podchodzić jak do płochliwego zwierzątka, bo najmniejszy błąd mógłby przekreślić jej szanse na zdobycie zaufania dziecka, które jest pod wpływem wrogich jej ludzi. Te kilka dni na jachcie to przepiękna opowieść o budowaniu relacji, trudnych decyzjach i tragedii rozstania – została jednak namalowana jak obraz, w sposób zapierający dech w piersiach i pozwala nam bez tłumaczeń poczuć emocje kobiety i dziecka.


Odrodzenie (Ai No Yokan) – Masahiro Kobayashi, 2007

To chyba najtrudniejszy film z całego zestawienia, jeśli nie najtrudniejszy jaki w życiu widziałam. W tym filmie nic się nie dzieje, jednak jeśli otworzy się serce i wyłączy umysł, można zostać przepełnionym ogromem obezwładniających uczuć. Ja przyznaję, że rzucił mnie na kolana.

Starszy mężczyzna traci córkę. Zabiła ją koleżanka ze szkoły. Mężczyzna wyprowadza się, zamieszkuje samotnie w mieszkaniu pracowniczym przy hucie, w której pracuje codziennie. Zjada ryż z jajkiem. Zanosi pranie do pralni. W  przeraźliwie głośnej hucie na maskę sypią mu się iskry. Wraca do domu. W kantynie dla pracowników je ryż z jajkiem. Robi zakupy. Ogłuszający hałas i iskry w hucie. Sen. Ryż z jajkiem. Pranie. Huta. Sen. Ryż z jajkiem. Zakupy. Huta. Sen. Pewnego dnia zauważa, że kobieta pracująca w kuchni w jego hotelu, to matka morderczyni jego córki. Patrzą na siebie na ulicy. Ona zostawia mu pakunek z zakupami pod drzwiami. Huta. Sen. Ryż. Huta. Sen. Ryż.

W czasie seansu jakiś oburzony mężczyzna wstał i, wychodząc z sali kinowej ,zawołał „Ludzie, nie dajcie się robić w pajaca!”. Niektórzy nie wytrzymywali, innym było głupio. Ja mogę policzyć na palcach jednej ręki przypadki kiedy tak bardzo płakałam po filmie.


Ostatnie życie we wszechświecie (The Last Life in the Universe) – Pen-Ek Ratanaruang, 2003

W tym filmie słowa padają, ale są tak naprawdę nieistotne, wszystko rozgrywa się między bohaterami jakoś tak samoistnie. Żeby za dużo nie zdradzać, Kenji naraził się yakuzie. Poza tym pracuje w bibliotece i ma obsesję na punkcie porządku i myśli samobójcze. Ciągłe. Nieprzerwane. To, jak często i z jakim niezachwianym spokojem próbuje się zabić, w pewnym momencie wydaje się komiczne. W czasie jednej z prób samobójczych poznaje Noi, której młodsza siostra ginie w wypadku samochodowym. Losy Kenji’ego i Noi splatają się w intrygujący sposób, a mężczyzna okazuje się skrywać w sobie znacznie więcej, niż można by się spodziewać. Najbardziej w filmie podoba mi się poruszający realizm magiczny, taka odrobina czaru i niezwykłości, która pojawia się często w kiełkujących związkach między ludźmi – a w tym filmie została czarująco zobrazowana.


W ogóle reżyser tego filmu – Pen-Ek Ratanaruang – to niezwykle czarujący człowiek, który po prostu czuje magię związku, relacji międzyludzkich i skomplikowanych uczuć, jakie w sobie skrywamy. Nigdy nie zapomnę tego jak opowiadał o swoim innym filmie, „Nimfa” i wieloznacznym angielskim tytule, który wymyślił. Ten człowiek rozumie niuanse i subtelności i nie musi prowadzić widzów za rękę, aby zrozumieli jego przekaz. Niczego nie określa niepotrzebnie, niczego nie odpowiada. Takie filmy lubię.

A wy? Lubicie filmy, w których pada mało słów, a akcja zwykle toczy się powoli? Macie jakieś swoje typy?

„Pokój” to bez dwóch zdań najlepszy film, na jakim byłam w tym roku w kinie; został też nakręcony na podstawie jednej z najciekawszych książek, jakie czytałam w ostatnich latach, autorstwa Irlandki Emmy Donoghue. Powieść „Pokój” została nominowana do nagrody Bookera – tak na nią trafiłam – i była w ścisłej czołówce faworytów. Moim zdaniem na pewno zasłużyła przynajmniej na takie wyróżnienie, bo nie tylko poruszyła mnie emocjonalnie i przedstawiła niezwykle trudną i ciekawą historię, ale przede wszystkim zostawiła mnie z wieloma przemyśleniami na temat kultury i społeczeństwa, choć całą opowieść poznajemy z punktu widzenia dziecka, które samo nic z tego nie rozumie – tym bardziej zachwyca fakt, że mimo wszystko możemy zrozumieć my, czytelnicy.

Donoghue opisała historię młodej kobiety, która jako nastolatka została porwana przez nieznajomego mężczyznę i ostatnie siedem lat spędziła uwięziona w pokoju-szopie, z czego pięć lat wychowywała synka spłodzonego przez porywacza. Jack, którego oczami poznajemy świat tego malutkiego więzienia, nie rozumie tragedii swojego położenia, nie zdaje sobie sprawy z tego, że poza Pokojem coś jeszcze jest. Matka przedstawiła mu świat w taki sposób, żeby wszystko, co widać w telewizji wydawało się fikcją a to, że porywacz – Stary Nick – regularnie przynosi im podstawowe produkty – na wpół magią. Stary Nick zresztą nigdy Jacka nie widział – matka chłopca wywalczyła ten jeden warunek swojej niewoli, próbując chronić dziecko, które momenty wieczornych i nocnych odwiedzin przeczekuje zamknięte w szafie. Jack jednak rośnie coraz bardziej, naturalnie staje się bardziej ciekawski i wymagający, i nie zawsze łatwo go opanować. Jego matka – Joy – wymyśla więc ryzykowny sposób na wyrwanie się z rąk porywacza, ale będzie to wymagało współpracy syna, który niekoniecznie jest na to gotowy.


Wydaje się, że obserwowanie horroru, jaki spotkał przypadkową dziewczynę, to najgorszy możliwy wariant, jednak – co uważałam za najlepsze w powieści i tak samo spodobało mi się w filmie – okazuje się, że sprawa sięga o wiele głębiej. Bo jeśli nawet uda się uciec – co wydaje się szczęśliwym zakończeniem – to jak po tylu latach wrócić do społeczeństwa, jak spojrzeć w oczy ludziom, którzy zapamiętali cię w zupełnie inny sposób, jak wytrzymać ich współczujące i nierozumiejące spojrzenia? A przede wszystkim – jak miałby się w tym wszystkim odnaleźć mały Jack, który nigdy nie wiedział, co tracił? Skąd wziąć siłę i cierpliwość, jeśli już nie jest się na skraju wytrzymania i nie walczy się o życie? Te wszystkie pytania film stawia w bardzo subtelny sposób (choć – ze względu na różnice między środkami przekazu – nieco mniej subtelny niż w powieści) ponieważ wszystko zostaje przefiltrowane przez nieświadome wielu rzeczy oczy Jacka. Problemy nie są przedstawione łopatologicznie ani w sposób zbyt przerysowany czy brutalny, a jednak – będąc dorosłymi ludźmi – rozumiemy.


Jeśli miałabym porównać film i książkę, to porównanie wypadłoby nadzwyczaj korzystnie dla obu stron. Niczego innego się nie spodziewałam odkąd tylko dowiedziałam się, że to autorka powieści we własnej osobie jest odpowiedzialna za scenariusz. Doskonale wyczuła na które fragmenty powinna w filmie położyć nacisk, a które da się wyciąć w taki sposób, by nie stracić za wiele przekazu. Kilka scen, które w książce ukazywały bezduszne żerowanie mediów na ludzkiej tragedii (czy to w postaci talk show czy przeintelektualizowanych rozmów na kanale kulturalnym) w filmie skondensowano w jednej, mocnej scenie, do której już właściwie nie trzeba było nic dodawać. Bardzo dobrze zostały też zobrazowane momenty ujawniające różnego rodzaju konstrukty społeczne, z których w życiu codziennym nie zdajemy sobie sprawy, a po rozłożeniu na czynniki pierwsze okazuje się, że wcale nie mają zbyt wiele sensu. Szczególnie w powieści pojawiły się fragmenty opisujące niezrozumiałe dla Jacka przeświadczenie otoczenia, że powinien się zachowywać w taki czy inny sposób, lubić to czy tamto. Bo niby dlaczego różowy jest kolorem dla dziewczynek, niby dlaczego to chłopcy mają się dzielić z dziewczynkami albo starsi z młodszymi? Jack zadaje rozbrajające pytania, które są tak naprawdę pytaniami bardzo ważnymi, pokazującymi jak wszystko to, co nas otacza nie jest w rzeczywistości tak logiczne i naturalne, za jakie się je uważa. Jego brak zrozumienia dla naszej szarej codzienności to to, co najbardziej zachwyciło mnie w powieści i sprawiło, że myślę o Emmie Donoghue z ogromnym podziwem dla jej przenikliwości. Przede wszystkim zaś jestem wdzięczna za to, że miałam wrażenie jakbym do wszystkiego dochodziła sama, bez nachalnego amerykańskiego ding, ding, ding, it’s profound!  


Brie Larson dostała za rolę w filmie Oscara. Jak najbardziej jej się należał – dawno nie widziałam tak zmęczonego aktora, Leonardo ze swoją „Zjawą” może się schować. Bardzo dobrze uchwyciła emocje targające bohaterką, wszystkie frustracje, żale i blokady spowodowane wieloletnim uwięzieniem. A przy tym instynkt macierzyński w tym najtrudniejszym wydaniu, kiedy chce się dla dziecka jak najlepiej, ale najlepiej się nie da. Bardzo spodobała mi się także rodzina Joy, a szczególnie Joan Allen, grająca jej matkę. William H. Macy nie do końca wykorzystał potencjał, jaki tkwił w jednej ze scen, ale jako zagubiony ojciec również wypadł wiarygodnie (bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie rola Toma McCamusa, który wprowadził do filmu odrobinę tak potrzebnego ciepła). Najbardziej jednak jestem zachwycona małym Jackiem, czyli grającym go Jacobem Tremblay’em. To zdecydowanie jedna z najlepszych dziecięcych ról jakie widziałam – ten dzieciak ma ogromny talent i zachowuje się tak naturalnie jak mało który dorosły aktor. Całkowicie mnie kupił i im gorzej coś przeżywał tym bardziej z całego serca mu współczułam i rozumiałam, nie czując śladu irytacji – po prostu widziałam człowieka w człowieku.


Podobno książką już dawno zainteresował się Hollywood, ale reżyser – Irlandczyk Lenny Abrahamson – pierwszy odezwał się do Emmy Donoghue, opowiadając jej swoją wizję ekranizacji; chciał bowiem uchronić tak dobrą historię przed spłyceniem. Takich ludzi nam trzeba! – chciałoby się zakrzyknąć, bo dokładnie to mu się udało. Jestem zachwycona „Pokojem”, bo nawet wiedząc dokładne czego się spodziewać bardzo się wzruszyłam i przeżywałam wszystkie trudy bohaterów równie silnie jak chyba wszyscy na sali kinowej. Bardzo gorąco polecam wszystkim ten film (i książkę!), uzbrójcie się tylko w mocne nerwy i ewentualnie pudełko chusteczek, a na pewno nie pożałujecie decyzji.  

Giorgos Lanthimos to reżyser bardzo specyficzny. Wygląda zupełnie niepozornie, ale jego filmy zaskakują, poruszają niewygodne, trudne i skomplikowane tematy, umieszczając je w nowych kontekstach i każąc nam spojrzeć na nie z innej perspektywy. Jego filmografia jest trochę nierówna: „Kieł” robi ogromne wrażenie, szczególnie na osobie, która pierwszy raz spotyka się z Lanthimosem, i w szokujący sposób opowiada o nieograniczonej kontroli jaką można mieć nad drugim człowiekiem (szczególnie jak się go od urodzenia samemu kształtuje), nawet gdy ten nie zdaje sobie z tego sprawy. W „Alpach” z kolei, choć z zamysłu są równie ciekawe, reżyser moim zdaniem trochę się zgubił, skupiając się na zbyt wielu wątkach, co ostatecznie sprawiło, że film stał się niestrawny. „Homara” można wsadzić gdzieś pomiędzy, choć na pewno bliżej mu do udanego „Kła”.


„Homar” opowiada o świecie, w którym wszystko co unikalne lub nieuchwytne wymierzone jest pod linijkę. Główny bohater, David, po śmierci żony trafia – pod przymusem – do specjalnego hotelu dla osamotnionych jak on ludzi, w którym ma odnaleźć nową partnerkę. Brzmi przyjemnie, w końcu ludzie zwykle łakną towarzystwa, a takie okoliczności sprzyjają odnalezieniu drugiej połówki – coś jak szybkie randki, tylko nie na szybko i dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przyjemnie jednak nie jest, bo tu pojawia się pewien haczyk: na odnalezienie partnera dostaje się czterdzieści pięć dni, po których (w przypadku niepowodzenia) jest się operacyjnie przemienianym w zwierzę. Zwierząt jest dużo, szczególnie psów. Brat Davida jest border collie. Bardzo miłym, swoją drogą. Bo, niestety, jemu się nie udało kiedy sam trafił do hotelu. Czujecie już tę grozę wymieszaną z groteską?



To uczucie ciągłego napięcia – wszystko bowiem jest śmiertelnie poważne, bezuczuciowe i wyważone – połączonego z wiedzą, że tak obiektywnie rzecz ujmując, to naprawdę absurd goni absurd, towarzyszy nam właściwie przez cały film. Czujemy, że to wszystko jest niedorzeczne, ale nie wolno nam się śmiać. Kiedy David wypełnia ankietę w recepcji musi się zdecydować – czy jest homo- czy heteroseksualny. Gdy odbiera buty z przydziału – kolejna decyzja, tym razem czy rozmiar buta to 44 czy 45, połówek bowiem nie ma, nie ma nic pomiędzy. Każdy mieszkaniec hotelu dostaje ten sam zestaw ubrań, które nie wyglądają jak mundurki, ale przez brak dowolności właśnie nimi się stają. Ludzie są dyscyplinowani gorzej niż dzieci (za masturbację przypala się delikwentowi rękę w tosterze), panuje powszechne donosicielstwo, a w czasie wieczorków zapoznawczych (sama atmosfera hotelu przypomina wczasowy pensjonat z dansingami z lat siedemdziesiątych, choć pod względem architektonicznym króluje nowoczesność) korzyści z życia z partnerem przestawiane są przez personel hotelowy w taki sposób, że czujemy się trochę jakbyśmy byli indoktrynowani przez samego Wielkiego Brata – ma to tyle samo sensu, a tak samo trzeba się z tym zgadzać. Najbardziej bezsensowne jest jednak to, na jakiej zasadzie ludzie dobierają się w pary. Miłość, zauroczenie, chemia? Phi, cóż to za wymysły. Są przecież znacznie lepsze metody. O, na przykład tych dwoje ma odstające uszy, na pewno świetnie się dogadają. O, a tamci co roku mają katar sienny, jeśli to nie jest braterstwo dusz, to ja nie wiem co nim jest. Jak już się dogadali, to nie muszą się dłużej bać, że zaraz zostaną przemienieni w zwierzę, nie muszą też polować na „tych pojedynczych” w  nadziei, że w nagrodę wydłuży im się czas na odnalezienie pary. To niesamowite wypaczenie uproszczonego sposobu, w jaki czasem postrzega się związki: ma być idealnie, zgodnie i płasko, na jasnych zasadach.  Niektórzy lokatorzy hotelu nie wytrzymują napięcia, nie mają z innymi nic wspólnego, więc salwują się ucieczką do grup ludzi, którzy żyją w pojedynkę. Czy jednak u nich jest lepiej? Czy może wpada się z deszczu pod rynnę?


W obsadzie, jak zresztą w całej produkcji, panuje istne multikulti. Reżyser jest Grekiem, aktorzy z Wielkiej Brytanii, Ameryki, Francji, Grecji. Rolę Davida odgrywa Colin Farrell, człowiek właściwie nie do poznania. W filmie nie jest odpychający, ale z wystającym brzuszkiem i zupełnie nieatrakcyjnym wąsem nie jest to już zdecydowanie „nasz” Colin. I bardzo dobrze, widać bowiem wyraźnie, że aktor potrafi grać nie tylko wyglądem i, choć w filmie wszyscy są przerażająco beznamiętni, dobrze mu to wychodzi. Stworzył wiarygodną postać w tym trudnym do uwierzenia świecie i z zaciekawieniem obserwowałam jego poczynania. Przyznaję, że jestem pod wrażeniem tego jak dobrze wpasował się w atmosferę filmu, umiejąc zachować się w sposób irracjonalny tak, by wydawało się to najbardziej oczywistym posunięciem. Farrellowi towarzyszą bracia w niedoli: John C. Reilly oraz Ben Whishaw – obaj, a szczególnie Whishaw, równie dobrze odgrywają swoje role: Reilly nieatrakcyjnego mężczyzny, który nie umie się kontrolować, a Whishaw poważnego młodego człowieka, który jest gotów na wszystko aby spełnić oczekiwania i wyrwać się z hotelu. Mnie szczególnie przypadła do gustu Jessica Barden, znana z „Tamary i mężczyzn” nastolatka, której w „Homarze” przypada bardzo ciekawa rola osoby tyleż delikatnej, co i całkowicie nieczułej, czyli świetnie wpasowanej w te kuriozalne realia. Oczywiście nie mogę pominąć dwóch głównych ról kobiecych (choć tak naprawdę wszystkie aktorki zasługują na jakieś wyróżnienie) czyli Rachel Weisz (która wpada w oko Davidowi, bo – wybaczcie żart – też jest krótkowidzem) i Léi Seydoux (bezwzględna przywódczyni samotnych), która cudownie zabija wzrokiem i odgrywa uczucie skrępowania widokiem całującej się pary.


Film stawia ciekawe pytania. Czym jest miłość, do czego jest nam potrzebne towarzystwo (i jakiego rodzaju – paradoksalnie w filmie najbardziej wartościowe relacje tworzą się wśród przyjaciół, a nie par romantycznych) i jak daleko możemy się posunąć żeby osiągnąć nasze cele? To znamienne, że próbując przeżyć i uniknąć przemienienia w zwierzę dopuszczamy do głosu właśnie najbardziej zwierzęce instynkty, a to co nami w życiu kieruje wcale nie jest takie ludzkie i podniosłe, jak mogłoby się wydawać. Coś tak pięknego jak miłość sprowadzone jest do czystej matematyki – dwa jest lepsze niż jeden, wszędzie wstawiany jest znak równości i nie ma miejsca na niedopowiedzenia i niejasności. Nawet akt seksualny nie jest już czymś intymnym i prywatnym – w hotelu podlega ścisłej kontroli, jest nawet do tego specjalna obsługa zajmująca się sprawdzaniem sprawności poszczególnych osób. Poza hotelem i „normalnym” społeczeństwem nie jest wcale lepiej – u rebeliantów z kolei wszelkich uczuć należy się pozbyć, nie jest dozwolony nawet najmniejszy flirt. W tym świecie nie ma miejsca na porywy serca i spontaniczność, wszystko jest zimne i skalkulowane, a nawet gdy kiełkują prawdziwe uczucia są one nadal wypaczone przez przedziwny i wszechobecny (na kształt totalitarnego) system. W pewien sposób oglądanie „Homara” zrobiło na mnie podobne wrażenie co serial „Black Mirror”, który podobnie przenosi znane problemy w nieznany kontekst, zabiera nam poczucie bezpieczeństwa i każde patrzeć bezradnie jak ludzie radzą sobie ze swoim człowieczeństwem w świecie, gdzie owo człowieczeństwo traci rację bytu.



Polecam zmierzenie się z tym filmem niezależnie od tego, czy znacie reżysera, czy nie. Dla fanów na pewno ciekawe będzie zobaczenie w którą stronę Lanthimos zmierza, a sam fakt, że film jest anglojęzyczny stanowi sporą odmianę i jest moim zdaniem dobrym krokiem ku wzbudzeniu zainteresowania szerszej publiczności. Film na pewno nie wciąga tak bardzo jak „Kieł”, szczególnie od połowy, gdzie akcja zmienia miejsce i przyjmuje wolniejsze tempo, ale dla debiutantów też może być niezłym kąskiem, choć jest trudny w odbiorze i specyficzny. Podejrzewam, że „Homar” to jeden z tych filmów, których odbiór jest bardzo osobisty i zależny od osoby. Dla mnie jego groteskowość była dość przerażająca, przez co nawet gdy chciało mi się śmiać z niedowierzania, trwałam jednak w stuporze czekając tylko na kolejne dziwy opowiadane beznamiętnym tonem. Inni, może mniej wrażliwi, uważają pierwszą część za komiczną, a drugą za trochę nudną – dla mnie to zbyt uproszczone myślenie (choć nie doszukiwałabym się też zbyt wyraźnych nawiązań do Buñuela i „Psa andaluzyjskiego”, które najwyraźniej odkryło bardzo wielu zagranicznych krytyków na raz – to z kolei lekka nadinterpretacja). Przekonajcie się jednak sami, bo myślę, że warto – nawet jeśli nie dla samego filmu to dla przemyśleń, jakie nadejdą po jego obejrzeniu.

Właściwie miałam pójść do kina tylko dla rozrywki i nie pisać recenzji, bo wszystko już pewnie zostało napisane (choć, sądząc po zapełnieniu sali kinowej – jeszcze nie wszyscy widzieli), ale ostatecznie stwierdziłam, że każda okazja jest dobra żeby wrzucić coś od siebie, więc here we go. Recenzja skrótowa.

Deadpool jaki jest, każdy widzi. To swego rodzaju antybohater: nieokrzesany, ironiczny, niesamowicie sprawny i silny, i nikt nie wie na jakiej zasadzie działa animacja oczu w jego kostiumie. Ma ukochaną, z którą od razu przechodzi do sedna, nie marnując czasu widzów. Ma soft side, idealnie dopełniającą jego cyniczną osobowość, dzięki czemu łatwo go pokochać. I potrafi przykuć do siebie uwagę. Aktorsko jest całkiem nieźle, fabularnie - dość sztampowo, ale serio - na ten film nikt nie idzie dla fabuły.

Humor w filmie jest właściwie dla każdego. Znajdą coś dla siebie znawcy żartów o penisach, wielbiciele intertekstualności i burzenia czwartej ściany, klienci Ikei (do tego podpunktu zawarłam już chyba całkiem sporą część społeczeństwa) czy filmów superbohaterskich jako takich – o ile są otwarci na nieco inne ujęcie tematu, bo Deadpool jest może super, ale niezbyt bohaterski (i, tak jak lubię jego zdystansowany i autoironiczny sposób bycia, tak niektóre jego decyzje życiowe…). Niektórzy na pewno mogą się poczuć zniesmaczeni, niektórzy mogą pożałować, że nie obejrzeli uważnie trailerów i zabrali na film swoje nastoletnie dzieci, ale myślę, że wystarczy odrobina dobrej woli lub choćby jedno małe piwo przed seansem, by dostrzec w filmie sporo dobrego.


Jedną z takich dobrych rzeczy było kreatywne wykorzystane najpopularniejszych klisz fabularnych. Już sam początek filmu nie zawiera nazwisk aktorów i twórców filmu, a hasła takie jak „British villain”, „Hot chick” czy „Emo teenager” (o ile dobrze pamiętam). Postacie są archetypiczne, ale nie nudne i wcale nie zawsze śmiertelnie przewidywalne – inaczej nie byłoby komedii – i końcowy efekt wymieszania znanej wszystkim osi fabularnej i znanych postaci z przewrotnymi pomysłami i ciętym humorem sprawił, że czułam się jednocześnie jak w domu i jak na niezłej imprezie. Bardzo podobały mi się żarty z takich oczywistych elementów filmów superbohaterskich jak kostium, a także potraktowanie z lekkością scen walk (które – przyznajmy to szczerze – są wszędzie takie same i naprawdę czasem tylko comic relief ratuje im honor). I przy okazji wyróżnię naszego British villaina, bo nie tylko jest British, co samo w sobie jest godne uznania i odnotowania, ale jest też wspaniałym villainem. Nie jest żałośnie opętany żądzą zemsty, nie gada za dużo (co jest aż zbyt łatwą do sparodiowania kliszą, dlatego cieszę się, że w „Deadpoolu” poszli w inną stronę – Hi Francis!) i bardzo dobrze się prezentuje. Naprawdę, dla tej króciutkiej scenki na autostradzie, gdzie – przebity na wylot kataną – w seksownej pozie przysłuchuje się gadaniu Deadpoola, poszłabym do kina jeszcze raz. W filmie zresztą w ogóle było dużo całkiem dobrych żartów i nie ma sensu wymieniać ich wszystkich – lepiej obejrzeć film i przekonać się samemu. Nie wszystkie będą dla każdego zrozumiałe i nie wszystkie będą każdego w takim samym stopniu śmieszyć (chyba, że jest się parą, która siedziała obok mnie w kinie i śmiała się od pierwszej do ostatniej sekundy, ale oni mieli chyba lepsze wspomaganie niż jedno małe piwo), jednak optymistycznie zakładam, że każdy będzie w stanie znaleźć coś dla siebie.


Klisze niefajne też się niestety znalazły, a właściwie głównie jedna mnie zirytowała – bezsensowny powód, na którym opiera się konflikt i dramat głównego bohatera. Spoiler alert: „moja ukochana mnie nie zechce, bo mam brzydką buzię, ojojoj, na wszelki wypadek nie będę się jej pokazywał przez kilka lat, bo jeszcze się okaże, że babka jest wyluzowana i się tym nie przejmie”. No cóż, nie można mieć wszystkiego i w sumie ludzka rzecz – zwątpić w drugą osobę i zachorować na przerost szlachetności. Dość, że wątek został rozwiązany dość wdzięcznie (jak na „Deadpoola”, oczywiście).

Sama konstrukcja filmu przypadła mi do gustu. Owszem, fabularnie mamy to, co zawsze, czyli wprowadzenie o postaciach, zarysowanie konfliktu, trochę mordobicia, a potem duże mordobicie na koniec i w końcu happy end, ale nie miałam wrażenia, że ten schemat w przypadku „Deadpoola”, jako filmu nowego typu, się nie sprawdza. Przeciwnie, zauważyłam w jego realizacji pewien powiew świeżości, mianowicie dzięki przeplataniu teraźniejszości z retrospekcjami. Wprowadziło to naprawdę fajny dynamizm, rozbiło sceny walki na znośne kawałki (albo rozbiło retrospekcje na znośne kawałki, zależy co kto woli) i stworzyło równowagę między zabawnym, a po prostu ciekawym (że nie użyję słowa „poruszającym”, bo aż tak wysoko film nie aspirował, ale doceniam obecność poważniejszych fragmentów i naprawdę spodobało mi się uwzględnienie czegoś tak realnego i przykrego jak śmiertelna choroba – i to wcale nie w sposób płytki i komisowy).


Zgrabne i dopracowane efekty komputerowe wieńczą dzieło, tak jak i ujmujące montaże (rozwój związku głównych bohaterów był przedstawiony w sposób dość pikantny, ale na mnie i tak zrobił głównie wrażenie uroczego – szczególnie etap Halloweenowy). Może nie wyszłam z kina oniemiała w wrażenia, ale zatęskniło mi się do bohaterów niejednoznacznych, z poczuciem humoru, dystansem do siebie i nie bez skazy. Do tej pory miałam tylko Lokiego (że co, że to nie jemu miałam kibicować?) a teraz mogę też mieć Deadpoola.

Pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że „Zwierzogród” zrobi na mnie takie dobre wrażenie i jestem podekscytowana na myśl o tym, że Disney zmierza w dobrym kierunku. To nie jest banalna animacja dla dzieci, której pod ten sam schemat podstawieni są bohaterowie o nieco tylko zmienionym wyglądzie. Intryga jest bardzo ciekawa, pojawia się wcale nie aż taki oczywisty plot twist, dzięki czemu seans wcale się nie nudzi, a do tego mamy kilka smakowitych kąsków dla dorosłych odbiorców. Podkreślam tak bardzo tę dorosłość ponieważ zauważyłam wyraźnie, że dzieci nie miały na tym filmie takiej zabawy jak chociażby na nieskomplikowanej „Wielkiej Szóstce”, w której było kilka mrugnięć dla dorosłych, ale przede wszystkim dużo prostych elementów skierowanych do dzieci (mówię tu zarówno o fragmentach bardzo sentymentalnych i chwytających za serce jak i typowych gagach slapstickowych, z których dzieciaki miały ogromny ubaw, a ja miałam chwilę refleksji na temat różnic międzypokoleniowych). Dość powiedzieć, że najmłodsi widzowie obecni na sali kinowej w trakcje seansu „Zwierzogrodu” wielu scen nie zrozumiały, a inne musiały być im streszczane przez rodziców, bo maluchy ze strachu odwracały się tyłem do ekranu. 
Żeby zarysować sytuację w filmie – bardzo entuzjastycznie nastawiona króliczka Judy Hops dostaje wymarzoną odznakę policyjną, jednak ranga stanowiska nie jest taka, jak Judy sobie wymarzyła. Jednak przy pomocy cwanego lisa Nicka, który z początku zalazł jej za skórę, ale jest w gruncie rzeczy uroczy, ma szansę się wykazać, rozwiązując największą zagadkę kryminalną w mieście. I tu atmosfera się zagęszcza.


Jedna historia, dwa przesłania. I to przynajmniej dwa. Historia zaczyna się dość typowo jak na amerykańską produkcję, ponieważ nasza dzielna, mała króliczka Judy Hops ma wielkie marzenie – chce zostać prawdziwym, twardym gliną. Ma całkiem solidne podstawy żeby wierzyć, że jej się uda, bo nie tylko ma ogromne samozaparcie, a jak wiemy z amerykańskim filmów chęci to już dziewięćdziesiąt procent sukcesu, ale też jest całkiem niezła w te klocki. Jej entuzjazm jest tym bardziej godny pochwały, że rodzice są święcie przekonani, że zdecydowanie lepiej jest się nie wychylać, nie mieć marzeń i w ogóle siedzieć cicho w kącie, żeby przypadkiem czegoś w swoim życiu nie zmienić i by uniknąć rozczarowań. To oczywistość, że popkulturalna bohaterka decyduje się podążać za amerykańskim snem, ale przyznaję, że spodobało mi się przeciwstawienie jej zapału z całkowitym brakiem ikry rodziców. Drogie dzieci, to ważna lekcja, rodzice nie zawsze mają rację!
Drugie, i znacznie większe, przesłanie „Zwierzogrodu” dotyczy rasizmu. Tak jak w naszym, ludzkim świecie, zwraca się uwagę na kolor skóry, tak i w Zootropolis liczy się to jakim jesteś zwierzakiem. Utartych schematów i stereotypów jest tyle samo, jeśli nie więcej, co w rzeczywistości wśród ludzi: króliki są przydzielone do marchewek, burmistrzem jest lew, chomiki cały dzień bezmyślnie zasuwają w biurach jak w tych kołowrotkach. Co znamienne, samo miasto jest bardzo wyraźnie podzielone na dzielnice ze względu na przynależność gatunkową, co ma w sumie logiczne uzasadnienie (stworzenie odpowiednich warunków klimatycznych dla poszczególnych zwierząt) ale nie zmienia faktu, że większość zwierząt jest od siebie na co dzień mocno odseparowana. Mnie samej silnie skojarzyło się to z wydzielonymi dzielnicami w Nowym Yorku bądź Londynie: takie zwierzęce China Town czy Little Italy. Poza tym mamy także protekcjonalne traktowanie małych zwierzątek przez te duże (fajnie ze schematu wyłamuje się Mr. Big – taki malutki Don Corleone pod postacią arktycznej ryjówki) i dużo manipulowania wizerunkiem ze względów politycznych (wokół tego, że mała Judy została policjantką zrobiono dużo szumu medialnego, ale wszystko to po to, by burmistrz miał dobry PR wśród roślinożernych „ofiar”, które stanowią większość populacji miasta, a w rzeczywistości Judy została przydzielona do mało wymagającej pracy). O równość obywatelską, podobnie jak w realnym świecie, walczy gwiazda pop, Gazelle (Shakira), której głos niezadowolenia liczy się bardziej niż głos przeciętnego zwierzaka.   


Bajka dla dorosłych. Może rozwinę temat, który poruszyłam na początku recenzji – gdyby w „Zwierzogrodzie” pod animowane zwierzęta podstawić aktorów podejrzewam, że film mógłby dostać całkiem wysoki rating. Górujący nad  Judy członkowie mafii czy nawet niektórzy koledzy z policji wyglądają naprawdę groźni i wzbudzają respekt, zdziczałe zwierzęta są naprawdę przerażające (i to nie tylko dla dzieci) i co chwila bohaterom przychodzi ryzykować iście kaskaderskie wyczyny, że już nie wspomnę o całej długiej scenie ze zwierzętami – nudystami. Fragment z wyluzowanym jakiem, właścicielem klubu dla naturystów, i tym jak oprowadza zszokowaną Judy i Nicka wywarł na mnie spore wrażenie. Wiem, zwierzątko bez zaznaczonych cech płciowych to nie to samo co goły człowiek, ale widząc kształtne świnki taplające się w błocie, seksownie wylizującą się lamparcicę, czy słonia w szerokim rozkroku, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że autorzy filmu mieli już trochę dość niewinnych produkcji dla najmłodszych i chcieli sprawdzić na ile sobie mogą pozwolić. Wyszło zabawnie i… prawie erotycznie (niektórzy widzowie dostrzegli to w jeszcze większym stopniu niż ja). Zauważyłam ten trend także podczas występów Gazelle i może nie tyle z powodu niej samej, co przez otaczające ją męskie tygrysy i oderwanych od rzeczywistości fanów, zapatrzonych w specjalne aplikacje na telefon, które mają dać ułudę przebywania razem z zachwyconą tym gwiazdą muzyki.


Postacie – na plus. Tam, gdzie miały być archetypy było to uzasadnione fabularnie i służyło zbudowaniu komizmu, w innych wypadkach lekka schematyczność też w żaden sposób mi nie przeszkadzała – w końcu poszłam do kina na bajkę, która miała być zrozumiała dla młodszych widzów. Zwróciłam jednak uwagę na to, że postacie nie były płaskie i nie były w stu procentach takie ani siakie. Szczególnie (nie)przypadła mi do gustu wątpliwa moralnie postać burmistrza Grzywalskiego, który protekcjonalnie i po chamsku traktował wiceburmistrz i zdecydowanie bardziej zależało mu na własnej karierze politycznej niż czymkolwiek innym, ale dzięki temu wydał mi się bardzo ludzki. I wzbudził we mnie silniejsze uczucia niż prawdziwy czarny bohater. Wymienię też komendanta Bogo, którego w oryginale dubbingował Idris Elba, i mogę tylko wierzyć na słowo, że nadał tej postaci sporej głębi, obdarzając ją swoim głosem. W polskiej wersji widziałam potencjał, ale Stelmaszyk chyba nie wycisnął z tej postaci tyle, ile mógł (a Elbą i jego humorem, jaki ujawnił w tej roli, ludzie się zachwycają). Przy czym, jak już jestem przy dubbingu, muszę bardzo subiektywnie napomknąć, że polska wersja językowa jak zwykle nie zawodzi i dalej jestem z nas dumna, jednak o ile Kamińska jest świetna i bardzo lubię jej Roszpunkę z „Zaplątanych”, to tęsknię do większej różnorodności w polskich wersjach, bo głos i śmiech Judy Hops wywoływał u mnie jednak zbyt wiele skojarzeń.



Drobiazgi i całokształt. Widać, że animatorzy przyłożyli się do tej produkcji. Jest w niej dużo detali, mrugnięć do widza (jak choćby nawiązania do innych filmów Disney’a czy genialny żart z pancernikiem – dla wielbicieli kina) i interesujących pomysłów. Dyrektor artystyczny wpadł na to, by komisariat policji stworzyć na wzór Wielkiego Kanionu, lokomotywy pociągów mają kształt głów zwierząt (tyleż ciekawe co niepraktyczne), a poszczególne dystrykty charakteryzują się unikalnymi rozwiązaniami – mnie szczególnie spodobały się natryski w dzielnicy dżungli. O ile miasto jest bez wątpienia kiczowate, to jednak robi przy tym dobre wrażenie, a koncept arty są wręcz prześliczne. Łatwo zauważyć jak dużą radość mieli ludzie pracujący przy tym filmie i również dzięki temu bardzo przyjemnie się go ogląda – nie jest to tylko odhaczony obowiązek wypuszczenia produkcji do kin, a prawdziwa zabawa. Żałuję tylko trochę, że ostatnio animacje często wieńczy wpleciona w akcję piosenka, przez co końcowy entuzjazm nieco mi się rozmył – a żart zaserwowany w finale był naprawdę dobry i stanowiłby świetną puentę – jednak muszę przyznać, że z kina wyszłam bardzo zadowolona i teraz z dużym optymizmem wyczekuję kolejnych disney’owych animacji. 
Obsługiwane przez usługę Blogger.