Wyjazd do Japonii nie przytrafia się codziennie, więc trzeba taką okazję dobrze wykorzystać, dużo przeżyć i dużo zobaczyć. Problem w tym, że wszędzie jest tak pięknie i tak niespodziewanie, że kiedy już człowiek wyląduje w jednym miejscu, to wcale nie ma ochoty go zbyt prędko opuszczać. W podjęciu tej trudnej decyzji pomaga tylko wiedza, że tuż za rogiem czai się więcej, a potem i jeszcze więcej. I że mimo wszystko to wcale nie taki koniec świata i zawsze można się pocieszyć, że może jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Ja sama problem z ruszeniem się z miejsca miałam już na samym lotnisku Tokio Narita, ponieważ w samolocie trafiłam na tak miłe towarzystwo i po przyjeździe byłam tak szczęśliwa, bo dotarłam i jest cudownie (a nawet lepiej niż się spodziewałam, bo w kwietniu powietrze jest bez porównania przyjemniejsze niż latem), że musiałam sobie po prostu trochę posiedzieć na ławce i się pouśmiechać. Potem było już tylko lepiej, a każdy kolejny dzień przyćmiewał poprzedni.

Japonia tradycyjna to coś, czego szuka większość przyjezdnych, którzy nasłuchali się o szogunach i gejszach, lub napatrzyli na buddyjskie lub shintoistyczne świątynie w filmach i na zdjęciach. I owszem, oglądając takie (przepiękne, przyznam) obrazki, można spędzić cały pobyt w tym kraju, ale nie jest to jedyne, co Japonia ma do zaoferowania. Nie jest też jednak prawdą, że w Japonii na każdym kroku można spotkać oszalałych fanów anime albo cosplay'erów, że wszędzie czai się wysoce zaawansowana futurystyczna technologia (choć wiele toalet ma guziczki, to jednak nie jest to żadna filozofia). Oczywiście, zarówno fani tradycji jak i nowoczesności mogą się poczuć w Japonii jak w raju, sama czerpałam z tych możliwości pełnymi garściami, dla mnie jednak urok tego miejsca znajduje się gdzieś pomiędzy. Pomiędzy miską ryżu z surowym jajkiem i sosem sojowym na śniadanie, a origami w kształcie żurawia, którym przemiła sprzedawczyni częstuje po sprzedaniu pocztówki. Dlatego właśnie postanowiłam napisać nie dziennik z podróży, nie relacje z kolejnych miejsc, bo o tym możecie poczytać wszędzie, a właśnie takie luźne wspomnienia tego, co najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Częściowo opadłe płatki japońskiej wiśni w parku Shinjuku (na drzewach wciąż cudownie różowo)

Mówi się, że w Japonii wszyscy siedzą/stoją/idą z nosami w telefonach i cóż… jest to prawda. Ta cecha uaktywnia się przede wszystkim w transporcie miejskim, kiedy to naprawdę wszyscy mają wyciągnięte telefony i zawzięcie w nich grzebią. Trzeba jednak zaznaczyć, że robią to kulturalnie. Głos w głośnikach w metrze i pociągach nieustannie prosi o wyłączenie dźwięku w komórkach i powstrzymanie się od rozmów, jest więc dość cicho i przyjemnie. W pociągach, jeśli zachodzi potrzeba, można pójść na koniec wagonu i tam odbyć ważną rozmowę. To japońskie posłuszeństwo i trzymanie się zasad ogromnie umila życie codzienne. Nikt nie pcha się do drzwi metra, bo wszyscy grzecznie stoją w kolejkach w wyznaczonych miejscach (przy których drzwi nadjeżdżającego pociągu ustawione będą co do centymetra, więc nie ma mowy o niespodziankach) i wprawdzie nawet najbardziej krucho wyglądająca staruszka wepchnie się do zapełnionego wagonu z siłą i mocą konia pociągowego, to jednak zrobi to w swoim czasie i nie wcześniej, dopiero jak wszyscy wyjdą, a ludzie z kolejki przed nią zapakują się do środka.

Góra Fuji w pełnej krasie. Wcale nie tak łatwo trafić na taki dzień, kiedy górę tak ładnie widać.

Bai bai to nowe japońskie sayōnara, bo tego drugiego większość społeczeństwa już nie używa. Japończycy, zwykle młodzi, ale nie tylko, zachwycają takich obcokrajowców jak ja, przeprowadzając swoje rytuały pożegnalne po wieczornych spotkaniach. Polega to na tym, że para bądź grupka znajomych ustawia się naprzeciwko siebie (o ile to możliwe – w kółeczku) i z odległości metra wszyscy machają do siebie przez dłuższy czas, wołając bai bai. Jest to tak urocze, że człowieka nachodzi ochota na mocną kawę, żeby zrównoważyć te słodkie uczucia. 

 Metropolitan Government Building. Jeden z darmowych punktów widokowych w Tokio.

Wręczanie reszty w sklepie to kolejny cały rytuał, który robi wrażenie i, jak człowiek poświęci mu choć chwilę refleksji, okazuje się mieć bardzo dużo sensu i zasługuje na zaimplementowanie na całym świecie. Niektórym wiadomo, że w Japonii uprzejmość wymaga wręczania czegokolwiek przy użyciu obu rąk – to samo tyczy się wręczania reszty w sklepie. Tak więc, pięknie odliczone i malowniczo „pstryknięte” palcem banknoty (w kolejności od największego do najmniejszego nominału, twarzą zdobiącego je Japończyka w naszą stronę) wędrują do naszego portfela, a w następnej kolejności – w drugiej turze – takoż ułożone monety umieszczone na rachunku, który również zostaje podany obiema dłońmi. Kiedy człowiek nauczy się to obsługiwać to zaczyna żałować, że jest to tylko japoński zwyczaj, bowiem wsypywanie monet do portfela jeszcze nigdy nie było takie sprawne jak przy użyciu karteczki. Takie drobne udogodnienia Japończycy opanowali do perfekcji.

Złoty Pawilon w Kioto. Nie widać tego tłumu za moimi plecami. 

Jedno z moich najmilszych wspomnień, choć to straszny drobiazg, dotyczy przejazdu między Kioto a Himeji. Shinkansen jak shinkansen, lepszy niż pociągi PKP, ale nie ma powodu, żeby od razu mdleć z zachwytu. Jednak ten jeden konduktor… Trzeba wam wiedzieć, że w Japonii nic nie dzieje się przypadkiem. Podczas gdy u nas konduktor może sobie biegać po całym pociągu i nigdy nie ma pewności czy mamy te nasze bilety wyciągać, czy jeszcze nie, to w Japonii nie my jesteśmy dla konduktora, a konduktor dla nas. Młody mężczyzna w pełnym umundurowaniu otwiera drzwi wagonu, przystaje w nich na moment i leciutko kłania się z przemiłym uśmiechem na twarzy. Potem przystępuje do sprawdzania biletów, a jego uprzejmej życzliwości nie ma równych. Takim sposobem przemierza wagon za wagonem, ale na tym nie koniec – bo do wagonów nie tylko trzeba wejść, ale jeszcze z każdego należy się wydostać; oczywiście – równie uprzejmie. I tak okazuje się, że wagonu nie można tak po prostu opuścić, nie zwracając uwagi na pasażerów. Należy się odwrócić i ukłonić by okazać swój szacunek. Kiedy robi to poważny, przyzwyczajony do swojej pracy starszy pan, jest to całkiem miłe. Ale gdy robi to szczerze uśmiechnięty młodzieniec – rozczulenie trzyma człowieka przez cały dzień. 

Cały tłum figurek Maneki Neko przy świątyni Gotokuji w Tokio, skąd pochodzą.

Niewielu Japończyków dogaduje się po angielsku, ale – wbrew krążącym opiniom – dogadać się można bardzo łatwo, używając kilku podstawowych zwrotów, a w kluczowych miejscach przekonując się, że z angielskim nie jest znowu tak tragicznie. Na stacji czy w hotelu dogadacie się spokojnie, o drogę też zapytacie i jeszcze dostaniecie piękną mapkę. Engrish – czyli taki japoński angielski – jest jednak wszechobecny i prawdziwie rozczulający (szczególnie mnie, jako anglistkę). Koszulki z niegramatycznymi nadrukami po angielsku można spotkać bardzo często, bo oczywiście znajomością angielskiego warto się popisać, nawet jeśli jest wątpliwa. W japońskich piosenkach co chwilę można też wychwycić jakieś losowe angielskie słówko, bo tak jest bardziej fancy. Ale najbardziej spodobało mi się rozszyfrowywanie komunikatów na niektórych (bo oczywiście nie wszystkie przetłumaczone są źle) znakach w miejscach publicznych. Mój ulubiony, z parku przy świątyni Heian w Kioto, brzmi następująco:
“When crossing [nazwa stawu zapisana znakami Kanji] be careful of the footing sufficiently. Understand beforehand because the responsibility can not be assumed about the accident in case and so on.”
Piękne? Piękne.

Trochę japońskiego folkloru. Od przodu nie pokażę ;)


Japończycy to bardzo sprawny naród. Nie da się inaczej, kiedy prawie całe życie domowe toczy się na podłodze, ciągle trzeba się kłaniać i dobrze jest regularnie wspiąć się na jakąś świętą górę czy do którejś ze świątyń. Nie dziw więc, że na każdym kroku, a szczególnie w mniejszych miejscowościach, można natknąć się na rowerzystów, a już od świtu parki i alejki zapełniają staruszkowie uprawiający jogging. Parki są do chodzenia, a nie do siedzenia, więc bardzo często ławek po prostu nie ma (a jak chce się spróbować hanami, czyli podziwiania kwitnących wiśni, to najlepiej zaopatrzyć się we własny kocyk i trochę prowiantu czy nawet alkoholu – co jest jak najbardziej dozwolone i bardzo miło jest zrobić sobie taką posiadówkę na przykład nocą nad rzeką w Kioto, a i na środku pewnej bocznej uliczki w okolicach tokijskiego Ikebukuro widziałam panów na spokojnie sączących piwko). Na metro czy pociąg owszem, zdarza się czekać na krzesełkach, jednak zdecydowanie preferowanym sposobem jest ustawienie się w kolejce. Posiedzieć sobie można wieczorem, w knajpce. Wcześniej nie ma czasu, bo trzeba zwiedzać.

Widok na Tokio z Metropolitan Government Building.

Jak już Japonia, to trzeba było odhaczyć kilka typowych dla tego kraju miejsc, takich jak kocia kawiarnia. Wyszukałam więc sobie na miejscu spis takich przybytków i wybrałam jeden, wygodnie położony, z dobrymi ocenami klientów. Trochę się pobłądziło podczas przechodzenia ogromnym i szerokim przejściem nadziemnym, ale to tylko dodatkowa przygoda i więcej cudownie przypadkowego zwiedzania! Na miejscu bardzo kocio. Pomieszczenie malutkie, ale kolorowe i przyjemne, zakocenie na zadowalającym poziomie. Pani z obsługi daje do przeczytania regulamin i cennik po angielsku (cena naliczana za czas pobytu) i zaprasza do cieszenia się miauczącym towarzystwem. Kotki przeróżnej maści leżą, siedzą i chodzą tu i tam, czas płynie bardzo szybko. Moją uwagę zwraca jednak samotny pan w garniturze, z pracowniczą plakietką na szyi. Jest jedynym klientem. Zdjął marynarkę i smętnie macha patyczkiem żeby przyciągnąć uwagę jakiegoś czworonoga, ale na próżno. Mężczyzna nie przejmuje się tym, siedzi sobie spokojnie, znajdując ukojenie po pracy, chwilę odpoczynku w miejscu, gdzie nikt mu nie przeszkadza i nikt nie ma wymagań. Gdybym miała wrócić do neko cafe to najbardziej na świecie chciałabym zobaczyć tam nie któregoś z pięknych kotów, a tego mężczyznę – tym razem z uśmiechem na twarzy.

To wszystko w tej części – szykuje się jeszcze więcej. Jeśli chcielibyście poczytać o czymś bardziej konkretnym, bądź macie pytania – piszcie w komentarzu!




W kinie niemym słowa – oczywiście – nie padały, ale gra aktorska była bardzo specyficzna, wyrazista i teatralna, aby przejrzyście przekazać przeżycia bohaterów. Poza tym, częściej lub rzadziej, na ekranie pojawiały się plansze z najważniejszymi kwestiami czy dialogami i ostatecznie trzeba przyznać, że milczenie zwykle nie niosło za sobą najmniejszych problemów ze zrozumieniem przekazu, ani też nie wymagało od widzów ponadprzeciętnej empatii, która byłaby niezbędna do współodczuwania z bohaterami. Dziś zabieg ograniczenia ilości słów, a nawet całkowitego wyzbycia się ich jako środka przekazu, to większa rzadkość, ruch często ryzykowny. Jesteśmy przyzwyczajeni do prostego kina akcji i lekkich komedii, często chodzimy do kina aby odpłynąć daleko od codziennych problemów, zrelaksować się i poddać filmowym sztuczkom, które pozwalają widzom ograniczyć wysiłek umysłowy. Czasem wręcz przeciwnie – spragnieni jesteśmy intelektualnego wysiłku, zabawy słowem, szukania nawiązań i polemiki z autorem, głębszej refleksji. Jednak jest też ta trzecia (w uproszczeniu podzielmy kino na trzy) możliwość, która celuje prosto w serce i tylko tam. A sercu słów nie potrzeba, zostawmy je rozumowi.

Chcę wam dziś przedstawić kilka filmów, które przemawiają tylko, lub przede wszystkim, obrazem, przemawiają do głęboko ukrytych emocji i poruszają je w taki sposób, że czujemy w sobie jakąś zmianę, choć nie umiemy do końca jej określić. To filmy, nad którymi nie trzeba się zastanawiać, ale warto je poczuć.


Pusty dom (Bin Jip) – Kim Ki-duk, 2004

To nie tylko mój ulubiony film z cyklu tych, w których pada niewiele słów – to w ogóle jeden z moich ulubionych filmów; jeden z tych, które rozpaliły we mnie miłość do kina azjatyckiego (może jeszcze o tym napiszę, ale moim zdaniem nikt tak dobrze nie rozumie i nie przedstawia tematu samotności jak Azjaci). To również idealny wybór jeśli ktoś chciałby rozpocząć swoją przygodę z reżyserem – Kim Ki-dukiem. Trudno znaleźć gdzieś tyle magii i spokoju, tak przejmującego piękna. Ten film to zen.

Sun-hwa piękną jest żoną bogatego mężczyzny, który stosuje przemoc domową. Tae-suk, pod nieobecność właścicieli, włamuje się do przypadkowych mieszkań, sprząta, robi pranie i dokonuje drobnych napraw, a po paru dniach znika bez śladu, jak duch. Któregoś dnia Tae-suk trafia do domu, który nie jest opuszczony – mieszka w nim Sun-hwa. Wszystko skończyłoby się z momencie powrotu okrutnego męża z pracy, jednak pomiędzy młodymi ludźmi nawiązuje się – bez słów – nic porozumienia i kobieta spontanicznie opuszcza dom w towarzystwie nieznajomego i zaczyna dzielić z nim specyficzny styl życia. Gdybym miała porównać do czegoś „Pusty dom”, to prawdopodobnie wybrałabym porównanie do haiku. W pierwszy wersie się poznają, w drugim wiodą niezauważalne życie lekkiego zefirku, a w trzecim wykorzystują tę umiejętność i stają się silniejsi oraz przeciw wszystkiemu – na swój sposób razem, na swój własny sposób szczęśliwi.


Plemię (Plemya) – Mirosław Słaboszpycki, 2014

Film o tyle ciekawy, że faktycznie nie pada w nim praktycznie ani jedno słowo – bohaterowie posługują się językiem migowym, a twórcy celowo nie umieścili żadnych podpisów czy tłumaczenia. „Plemię” opowiada bardzo trudną historię młodzieży uczącej się w szkole z internatem, dla osób głuchoniemych. Główny bohater, nowy w szkole, musi wpasować się w świat pełen przemocy i niebezpieczeństw, ciągłych zatargów z prawem, prostytucji i niesprawiedliwości. Choć niepełnosprawni, nikt nie powie o bohaterach tego filmu, że są słabi. Bije od nich zdecydowanie i siła, nawet jeśli są zagubieni w tym ogromnym świecie. Jednak nawet na skraju wytrzymałości nie zatrzymują się, nie roztkliwiają, tylko brną mocniej i dalej, pod wpływem instynktu, aż robi się za późno na odwrót.

Mimo minimalizmu, a może właśnie przez kontrast jaki tworzy z nieprzyjemną tematyką, film dostarcza dużych wrażeń. Kiedy bohaterowie o coś się kłócą, wychwytujemy w tym tylko podstawowe uczucia, nie ogarniamy sytuacji rozumowo. Wychodzimy z seansu z poczuciem, że obejrzeliśmy trudną, realistyczną historię, bez zbędnego moralizatorstwa, a tylko od nas samych zależeć będzie końcowa interpretacja zachowania bohaterów, których oglądamy przecież z dużego dystansu i możemy sobie ich dialogi dopowiadać, ale nigdy nie będziemy mieć pewności. Trochę tak, jakbyśmy obserwowali ich przez lornetkę i próbowali ułożyć kawałki w jeden obrazek.


Przed rozstaniem (Last Summer) Leonardo Guerra Seràgnoli, 2014

Ta produkcja, choć nie tak azjatycka jak „Pusty dom” (jedynie główna bohaterka jest Japonką) ma w sobie właśnie to azjatyckie piękno i spokój, o którym mówiłam wcześniej. Dominują tu przepiękne, długie ujęcia, kamera spokojnie śledzi bohaterów, a najważniejsze relacje narysowane są subtelnie i bez zbędnych słów, natomiast tło akcji ograniczone jest do minimum. Bardzo cenię takie filmy, w których nie ma wszystkiego, gdzie właściwie brakuje więcej niż dostajemy, ale dzięki temu możemy w pełni skupić się na tym, co mamy.

W „Przed rozstaniem” Naomi, posągowa piękność, dostaje kilka dni na neutralnym gruncie (w tym przypadku na jachcie) na pożegnanie się z synkiem. Nie wiemy co dokładnie zrobiła, ale nie będzie mogła się z nim widzieć do czasu, aż dziecko osiągnie pełnoletniość. Problem z pożegnaniem jest jednak taki, że chłopiec wyraźnie prawie nie zna matki, a większość obsługi nastawiona jest do kobiety bardzo wrogo, bazując na plotkach i strzępkach informacji. Zbliżenie się do syna jest więc dla Naomi czymś bardzo trudnym, bo żałuje swojej nieobecności, a ma zbyt mało czasu na naprawienie błędów. Do syna musi podchodzić jak do płochliwego zwierzątka, bo najmniejszy błąd mógłby przekreślić jej szanse na zdobycie zaufania dziecka, które jest pod wpływem wrogich jej ludzi. Te kilka dni na jachcie to przepiękna opowieść o budowaniu relacji, trudnych decyzjach i tragedii rozstania – została jednak namalowana jak obraz, w sposób zapierający dech w piersiach i pozwala nam bez tłumaczeń poczuć emocje kobiety i dziecka.


Odrodzenie (Ai No Yokan) – Masahiro Kobayashi, 2007

To chyba najtrudniejszy film z całego zestawienia, jeśli nie najtrudniejszy jaki w życiu widziałam. W tym filmie nic się nie dzieje, jednak jeśli otworzy się serce i wyłączy umysł, można zostać przepełnionym ogromem obezwładniających uczuć. Ja przyznaję, że rzucił mnie na kolana.

Starszy mężczyzna traci córkę. Zabiła ją koleżanka ze szkoły. Mężczyzna wyprowadza się, zamieszkuje samotnie w mieszkaniu pracowniczym przy hucie, w której pracuje codziennie. Zjada ryż z jajkiem. Zanosi pranie do pralni. W  przeraźliwie głośnej hucie na maskę sypią mu się iskry. Wraca do domu. W kantynie dla pracowników je ryż z jajkiem. Robi zakupy. Ogłuszający hałas i iskry w hucie. Sen. Ryż z jajkiem. Pranie. Huta. Sen. Ryż z jajkiem. Zakupy. Huta. Sen. Pewnego dnia zauważa, że kobieta pracująca w kuchni w jego hotelu, to matka morderczyni jego córki. Patrzą na siebie na ulicy. Ona zostawia mu pakunek z zakupami pod drzwiami. Huta. Sen. Ryż. Huta. Sen. Ryż.

W czasie seansu jakiś oburzony mężczyzna wstał i, wychodząc z sali kinowej ,zawołał „Ludzie, nie dajcie się robić w pajaca!”. Niektórzy nie wytrzymywali, innym było głupio. Ja mogę policzyć na palcach jednej ręki przypadki kiedy tak bardzo płakałam po filmie.


Ostatnie życie we wszechświecie (The Last Life in the Universe) – Pen-Ek Ratanaruang, 2003

W tym filmie słowa padają, ale są tak naprawdę nieistotne, wszystko rozgrywa się między bohaterami jakoś tak samoistnie. Żeby za dużo nie zdradzać, Kenji naraził się yakuzie. Poza tym pracuje w bibliotece i ma obsesję na punkcie porządku i myśli samobójcze. Ciągłe. Nieprzerwane. To, jak często i z jakim niezachwianym spokojem próbuje się zabić, w pewnym momencie wydaje się komiczne. W czasie jednej z prób samobójczych poznaje Noi, której młodsza siostra ginie w wypadku samochodowym. Losy Kenji’ego i Noi splatają się w intrygujący sposób, a mężczyzna okazuje się skrywać w sobie znacznie więcej, niż można by się spodziewać. Najbardziej w filmie podoba mi się poruszający realizm magiczny, taka odrobina czaru i niezwykłości, która pojawia się często w kiełkujących związkach między ludźmi – a w tym filmie została czarująco zobrazowana.


W ogóle reżyser tego filmu – Pen-Ek Ratanaruang – to niezwykle czarujący człowiek, który po prostu czuje magię związku, relacji międzyludzkich i skomplikowanych uczuć, jakie w sobie skrywamy. Nigdy nie zapomnę tego jak opowiadał o swoim innym filmie, „Nimfa” i wieloznacznym angielskim tytule, który wymyślił. Ten człowiek rozumie niuanse i subtelności i nie musi prowadzić widzów za rękę, aby zrozumieli jego przekaz. Niczego nie określa niepotrzebnie, niczego nie odpowiada. Takie filmy lubię.

A wy? Lubicie filmy, w których pada mało słów, a akcja zwykle toczy się powoli? Macie jakieś swoje typy?

Mówi się, że „The Night Manager” to taka wprawka Toma Hiddlestona przed wcieleniem się w rolę kolejnego Bonda. I coś w tym jest – Hiddleston jest charyzmatyczny, uroczy, dobrze wygląda w garniturze i ma śliczny akcent. Czego chcieć więcej? „The Night Manager” pokazuje, że można chcieć dużo więcej, bo aktor jest w stanie stworzyć nie tylko dobrze wyglądającą, ale też niejednoznaczną, intrygującą i bardzo ludzką postać, a to więcej niż niektórym wystarcza do szczęścia. Wróćmy jednak do serialu. Jest to produkcja sześcioodcinkowa, zainspirowana powieścią, opowiada więc zamkniętą historię – historię człowieka, który w akcie zemsty decyduję się na misję szpiegowania wpływowego handlarza bronią (Hugh Laurie), milionera udającego handlarza sprzętem rolniczym, a po drodze oczywiście wszystko się komplikuje.


Forma miniserialu moim zdaniem jak najbardziej zdała egzamin – akcja nie jest ani przesadnie rozwleczona (jak to ma miejsce choćby w tych wszystkich filmach, w których ostatnia część od czasów ostatniego Pottera musi być podzielona na dwa; że o „Hobbicie nie wspomnę”). Sama fabuła z powodzeniem zmieściłaby się nawet w trzech odcinkach, ale dzięki podwojeniu tej liczby znalazło się miejsce na wyraźne zarysowanie postaci i tła historii, rozpieszczenie widzów przepięknymi kadrami, a także poprowadzenie intrygi w sposób nieśpieszny i wyważony, co moim zdaniem pozytywnie wyróżnia tę produkcję na tle thrillerów, w których wszystko dzieje się na raz. O ile zwykle w tego typu filmach najbardziej interesuje nas akcja, o tyle w „The Night Managerze” dostajemy podobną dawkę dreszczyku emocji, a jednocześnie czas, by to wszystko przetrawić i przyjrzeć się prawdziwym zamiarom i intencjom bohaterów. Rozpracowywanie ich psychiki sprawiło mi tyle samo przyjemności, co samo spekulowanie na temat tego jak dalej potoczy się akcja.


Przyznam od razu, że pierwszy odcinek mnie nie zachwycił. Pod koniec poczułam iskierkę nadziei, że jeszcze się poprawi, że to dopiero początek, jednak gdyby nie dobra wola być może mniej chętnie zdecydowałabym się na danie serialowi drugiej szansy. Cieszę się jednak, że to zrobiłam, ponieważ już po drugim odcinku werdykt był jasny: serial jest świetny. Przy trzecim był już cudowny. Co jednak nie spodobało mi się za pierwszym razem? Otóż wątek, który stanowi siłę napędową i główną motywację do działania Jonathana Pine’a, głównego bohatera. Pine jest nocnym recepcjonistą w ekskluzywnym hotelu w Kairze, a jednocześnie byłym żołnierzem i generalnie człowiekiem nieustraszonym. Poznaje atrakcyjną kobietę, Sophie Alekan, która powierza mu tajne dokumenty, które świadczą na niekorzyść Richarda Ropera, który na szeroką skalę, pod przykrywką, handluje bronią. Pine, patriota, wysyła kopie dokumentów do Anglii, a wyciek sprowadza na kobietę wielkie niebezpieczeństwo. I choć Pine próbuje pomóc, daje się jej wciągnąć w krótki romans i ogólnie robi wszystko, co w jego mocy by pomóc damie w opresji, sytuacja kończy się tragedią i zostawia bohatera z krwawiącą raną w sercu. Nieco zbyt krwawiącą, jak na mój gust – w końcu romans trwał bardzo krótko, a między bohaterami nie dostrzegłam ani śladu chemii – a pamiętajmy, że Tom Hiddleston to chodzący erotyzm i chemię wyczułabym nawet między nim a książką telefoniczną. Wychodzi więc na to, że musiałam w motywacje bohatera wierzyć na słowo, a dopiero kolejne odcinki zarysowały mi Pine’a jako kobieciarza, który jest bardzo wrażliwy na wdzięki płci pięknej i chyba faktycznie ma jakiś kompleks bohatera. Szczególnie widać to było po tym jak wplątywał się w relację z Jeb, piękną kobietą Ropera, co przecież stanowiło ogromne ryzyko, a jednak go nie powstrzymało.


Bohaterem Pine jest bardzo niejednoznacznym. Działa dla większej idei, ale jednocześnie z prywatnych pobudek, przy czym właściwie nigdy nie mamy stuprocentowej pewności po czyjej jest akurat stronie, jakie ma plany i co naprawdę czuje. Kiedy agentka Angela Burr, która decyduje się zrobić z niego swoją wtykę u Ropera, ma wątpliwości czy Pine nadal dla niej pracuje, równie dobrze wątpliwości te mogą dzielić widzowie, mimo że wiedzą więcej od niej. Do końca jednak nie ma stuprocentowej pewności czy Pine pracuje dla angielskiego wywiadu, czy działa na dwa fronty, a może robi to, co w danej chwili najlepsze dla niego samego? Pod koniec serii twierdzi, że jest pusty w środku i nie ma nic do stracenia – trudno mu jednak do końca uwierzyć. W końcu silnie przeżył (a przynajmniej tak widzom wmawiali w pierwszym odcinku – ja jestem sceptyczna) śmierć Sophie, szybko zaczął angażować się emocjonalnie w romans z Jeb, na pewno więc zarówno do stracenia jak i do zyskania miał całkiem sporo. Po obejrzeniu serialu zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że chociaż kibicowaliśmy mu przez cześć odcinków, to nie mamy pojęcia kim jest. Gdzie nabył wszystkie umiejętności, do czego je wcześniej stosował (może bez skrupułów zabić, więc może można go wziąć za Ropera na mniejszą skalę) i czy obywatelski obowiązek to wiarygodna motywacja dla jego działań? Jeśli nie, to czy zemsta nią jest?


Motywacje zarówno Ropera jak i Angeli Burr są z kolei zupełnie jasne. Roper to pewny siebie przedsiębiorca, może nie tyle uroczy i czarujący (jak Pine), a raczej charyzmatyczny, potrafi jednym słowem czy spojrzeniem pokazać ogrom swojej potęgi, a jego przenikliwość mogłaby stanąć w szranki z maszyną rentgenowską. Hugh Laurie stworzył tu bezwzględną postać, która w jednej chwili rozmawia z ukochanym synkiem, by w następnej bez mrugnięcia okiem brutalnie zgładzić kogoś, kto mu podpadł. Nie wspominając już o tym całym biznesie z bronią mniej lub bardziej masowego rażenia. O ile jednak, tak jak w przypadku wspaniałego Toma Hiddlestona, do gry aktorskiej nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a postać wykreowana jest w naprawdę ciekawy sposób, z panem Roperem też mam pewien problem. Jak to możliwe, że tak długo nie przejrzał Pine’a? To na nowego powinny paść pierwsze podejrzenia, to jemu powinien zostać doczepiony ogon, skoro już został mianowany na najbliższego współpracownika Ropera i tak wiele od niego zależało. Nie układał mi się też sam fakt tego, że Pine został na wstępie obdarzony takim zaufaniem, a skoro od początku było wiadomo, że były recepcjonista jest niezłym spryciarzem, to należało mieć się na baczności. Czy zawiodła zbytnia pewność siebie Ropera, czy tak bardzo ujął go fakt, że Pine najpierw uratował życie, a potem zaczął świetnie się dogadywać z synkiem Ropera, a może jednak zabrakło kilku minut czasu antenowego na to, by przedstawić więcej wiarygodnych powodów?


Angela Burr, natomiast, jest moją absolutną faworytką i nie mam do niej najmniejszych zastrzeżeń. Zrobienie z agenta nadzorującego tajne operacje ciężarnej kobiety było moim zdaniem wspaniałym posunięciem. Bohaterka zyskała na realizmie dzięki temu, że nie była kolejnym poważnym facetem za biurkiem, a kobietą z misją, osobą głęboko i emocjonalnie zaangażowaną w sprawę. To ze względu na nią kibicowałam Pine’owi, bo on był ostatnią szansą Angeli na ukaranie Ropera za handlowanie bronią, której użycie powoduje tragiczne skutki – jak masowa śmierć dzieci, którą Burr widziała na własne oczy i od tej pory nie może wyrzucić tego obrazu z głowy. To, że sama ma być matką, dodatkowo uwiarygadnia jej motywację, która poruszyła mnie o wiele bardziej niż jakakolwiek motywacja Pine’a. To Burr była głową operacji, ona zajmowała się trudną i żmudną papierkową robotą, w szarym i nudnym biurze w Londynie. Ale to dzięki niej mogło w ogóle dojść do jakichkolwiek prób zdemaskowania Ropera. Nie zrozumiałam wszystkich rozmów, które odbywały się w londyńskich biurach – padało wiele nazwisk i zagmatwanych sytuacji, jednak te sceny, a także fragmenty pokazujące ile to wszystko Angelę kosztuje, umieszczały całą intrygę w szerszej perspektywie, pokazując przy tym, że tajne operacje to nie tylko pluskwy, pościgi i wybuchy, oglądane z dala przez profesjonalną ekipę w nowoczesnym gabinecie. To też ludzie, których bez większego zainteresowania minęlibyśmy w lokalnym warzywniaku, którzy mają prywatne życie i czasem muszą działać na żywioł, idąc za głosem serca czy podszeptem intuicji. Ludzie, którzy też muszą się użerać z urzędnikami, też nie są pewni wyników swoich działań i muszą zaryzykować. I choć na szali jest wiele, to nie muszą być takimi imponującymi jednostkami jak Pine czy Roper, by udźwignąć sprawę.


Skoro o kobietach mowa, to wspomnę o Jed, z którą związana jest na swój sposób zabawna refleksja. Ta posągowa piękność, która co chwilę zachwycała kolejnym przepięknym strojem i idealną sylwetką, w pierwszej chwili wpadła w moim odczuciu do przegródki „przeseksualizowany obiekt męskich fantazji”, co w dużej mierze było spowodowane moją frustracją postacią Sophii (przesadnie uwodzicielska kobieta, mało wiarygodna jako dama w opresji, w której każdy zakochuje się na zawołanie). Kiedy więc Jed w pierwszym odcinku zrzuciła przy licznym towarzystwie ubrania, a potem w wannie ponętnie wymachiwała nogą w stronę Pine’a, z góry się najeżyłam, obawiając kolejnej przerysowanej postaci. Na szczęście jednak w drugim odcinku twórcy postanowili pokazać ludzką twarz Jed (przyznaję, że byłam w szoku jak gwałtownie i nagle ją polubiłam – drugi odcinek ogólnie był zwrotem o 180 stopni i nagle serial spodobał mi się dziesięć razy bardziej). Kiedy jednak Jed zyskała moją sympatię zaraz wróciła początkowa frustracja, bowiem okazało się, że nie jest przesadnie rozgarnięta (pod nosem Ropera rzucając powłóczyste spojrzenia Pine’owi) a do tego zarażając tym brakiem rozgarnięcia Pine’a (który pod nosem Ropera rzucał powłóczyste spojrzenia Jed). Nie wiem jakim cudem udało im się z tym ujść na sucho tak długo, ani też dlaczego Corky lub Frisky – przyboczni Ropera – nie donieśli nic na ten temat. Wydaje się dziwne, że coś takiego umknęło uwadze tak uważnego przecież Ropera.  


Swoją drogą Corky, a Frisky trochę mniej, to też ciekawe postacie. U obu zachwyciło mnie to jak ich przezwiska idealnie oddają ich charaktery. Corky, zaufany człowiek Ropera, w pełni korzysta z życia, nie odmawiając sobie miłego towarzystwa i alkoholu, jest wszędzie obecny na chwilę nie da o sobie zapomnieć. Frisky jest z kolei tak „rozbrykany”, że świetnie wychodzi mu torturowanie kobiet na zlecenie. Jestem zadowolona z tych dwóch postaci, bo miały w sobie nieco więcej charakteru niż zwykle mają tacy towarzysze czarnego charakteru. Ale i czarny charakter był znacznie ciekawszy niż zwykle.

Muszę podkreślić, że mimo pewnych wątpliwości czy drobnych niedociągnięć, serial uważam za znakomity. Był nie tylko okazją dla Hiddlestone’a by zaprezentować się w nowym świetle (nadal gryzie mnie oglądanie go w roli mordercy, ale aktor powoli przełamuje ciążącą na nim klątwę „tego uroczego młodego człowieka”), ale po prostu wspaniałą rozrywką. Poczynając od drugiego odcinka na każdy kolejny czekałam z ogromną niecierpliwością, czując gdzieś w środku dreszczyk podniecenia. I nawet nie tyle interesowało mnie co dalej – serial nie jest usiany wrednymi cliffhangerami – ale po prostu byłam spragniona tej atmosfery, powolnego szkicowania relacji, przepięknych widoków, pracy kamery. Oczywiście nadal byłam zachwycona Hiddlestonem i Lauriem, ale bardzo szybko złapałam się na tym, że serialu nie oglądam już dla aktorów, a dla postaci, dla zadziwiająco niespiesznej akcji (i dla Angeli Burr). Co ciekawe, o ile pierwszy odcinek jeszcze nie wciągnął mnie w akcję, to kolejne wydały mi się dość równe. Nie doznałam nagłego poczucia przyspieszenia pod koniec serialu, kiedy trzeba było domknąć wątki i nie miałam takiego uczucia, jakie często towarzyszy mi przy tego typu produkcjach (kiedy to patrzę na zegarek i zastanawiam się jakim cudem twórcy serialu upchnęli wszystkie zakończenia w tych kilku czy kilkunastu minutach, które zostały do końca). Wrażenia – jak najbardziej pozytywne.


Spodobała mi się idea (mini)serialu sześcioodcinkowego. Trzy to często mało, przy dwunastu z kolei zwykle pojawia się zbyt wiele wątków-dygresji, które nie wnoszą nic istotnego i nie zostają właściwie domknięte. „The Night Manager” opowiedział historię sensacyjną, ale w stylu bardziej przypominającym obyczajówkę, w której wiele się dzieje. Dobrze, że postacie zostały zarysowane porządnie, ale ich tajemnic nie obnażono całkowicie, zostawiając wiele wyobraźni. Dzięki temu serial usatysfakcjonował mnie i zaspokoił, ale nie zostawił z uczuciem przesytu. Czyli osiągnął dokładnie to, czego oczekuję od intrygującego filmu.



Granie w gry zwykle traktuję jak oglądanie filmu czy czytanie książki – nie zależy mi na sprawdzaniu własnej zręczności i zwykle nie odczuwam potrzeby żeby spędzać długie godziny, głowiąc się nad zagadkami – ale bardzo cenię sobie wciągającą historię, intrygujące pomysły i artystyczne grafiki.  Kiedy zobaczyłam na Steamie grę Shelter 2 (z ładniejszą grafiką niż w pierwszej wersji) wiedziałam od razu, że to coś dla mnie.

Shelter 2 to piękne, spokojne i symboliczno-realistyczne spotkanie z przyrodą. Gracz wciela się w samicę rysia, która na początku gry spodziewa się młodych i musi odnaleźć bezpieczne schronienie, które mogłaby potraktować jako dom dla kociaków. Pomagają jej w tym podszepty gwiazd, które prowadzą ją w odpowiednie miejsce. W jednej chwili można dostać ataku serca, kiedy ucieka się przed drapieżnikami, a zaraz potem mowę odejmują niezwykłe widoki dzikiej głuszy, z gwiezdnymi konstelacjami rozpościerającymi się na niebie. Gra naprzemiennie oszałamia swoim prostym pięknem i daje poczuć bezradność zwierzęcia, które zdane jest tylko na siebie, a musi utrzymać przy życiu cały miot kociąt. Nie jest to wcale łatwe, bo gryzonie są szybkie i zwrotne, łatwo w pogoni wpaść na drzewo i zgubić trop, a bogata w przeróżne tekstury grafika sprawia, że zwierzęta naprawdę znikają w otoczeniu. Gdyby nie zmysł węchu, często wypatrzenie brązowego gryzonia w gąszczu ciemnych traw, czy białego zająca w śniegu zimą, byłoby niezwykle trudne, bo wszechobecne wzory świetnie odgrywają rolę prawdziwego kamuflażu.


Co według mnie najciekawsze, grając w tę grę czułam się – jak mi się wydaje – podobnie do prawdziwej rysiej mamy. Nie wzruszałam się uroczymi kociakami tak, jak to mają w zwyczaju ludzie, nie irytowałam gdy coś mi nie wyszło – po prostu robiłam swoje, nie poddając się i wiedząc, że ode mnie zależą losy kilku istot. Tylko tyle i aż tyle. Bardzo często nawoływałam młode, by nie tracić ich z oczu, a kiedy któreś znikało zupełnie nagle, porwane przez drapieżnika, bądź przemęczone z głodu (polować trzeba naprawdę dużo) – nie czułam rozpaczy. Czułam pustkę i zagubienie, nie wiedząc co właściwie się stało, gdzie szukać młodych i gdzie się podziały małe rysie, czemu nie odpowiadają na wołanie. Bo wystarczy chwila nieuwagi i koniec. A nie można się roztkliwiać, bo liczy na nas jeszcze reszta miotu.

Wzruszyła mnie ta szczególna matczyna troska, wolna eksploracja świata i trudne chwile, jak wtedy, gdy młode odchodzi za wcześnie lub dokładnie wtedy, kiedy przychodzi na to odpowiednia chwila. Zakończenie gry wynagradza jednak wszystkie smutki i żale – jest subtelne i piękne, a towarzyszy mu nastrojowa muzyka (cały soundtrack gry ma niezwykły, relaksujący klimat, przez co gra świetnie sprawdza się jako sposób na wieczorne odprężenie).


Jedno przejście gry zajmuje około półtorej godziny, jednak można swoich sił próbować dalej, przewodząc kolejnym pokoleniom, bądź sprawdzając swoich sił na trudniejszym poziomie „survival”. Jeśli jesteście odporni psychicznie, to od razu polecam dodatek Shelter 2 Mountains, w której dostajemy więcej terenu do eksplorowania, przepiękne zorze polarne, ale też więcej drapieżników, które mogą stać się nie tylko naszym łupem, ale i groźnym myśliwym.

Bardzo polecam wam Shelter 2; to prawie jak oglądanie Animal Planet, a czasem nawet i lepiej.

Follow my blog with Bloglovin

„Pokój” to bez dwóch zdań najlepszy film, na jakim byłam w tym roku w kinie; został też nakręcony na podstawie jednej z najciekawszych książek, jakie czytałam w ostatnich latach, autorstwa Irlandki Emmy Donoghue. Powieść „Pokój” została nominowana do nagrody Bookera – tak na nią trafiłam – i była w ścisłej czołówce faworytów. Moim zdaniem na pewno zasłużyła przynajmniej na takie wyróżnienie, bo nie tylko poruszyła mnie emocjonalnie i przedstawiła niezwykle trudną i ciekawą historię, ale przede wszystkim zostawiła mnie z wieloma przemyśleniami na temat kultury i społeczeństwa, choć całą opowieść poznajemy z punktu widzenia dziecka, które samo nic z tego nie rozumie – tym bardziej zachwyca fakt, że mimo wszystko możemy zrozumieć my, czytelnicy.

Donoghue opisała historię młodej kobiety, która jako nastolatka została porwana przez nieznajomego mężczyznę i ostatnie siedem lat spędziła uwięziona w pokoju-szopie, z czego pięć lat wychowywała synka spłodzonego przez porywacza. Jack, którego oczami poznajemy świat tego malutkiego więzienia, nie rozumie tragedii swojego położenia, nie zdaje sobie sprawy z tego, że poza Pokojem coś jeszcze jest. Matka przedstawiła mu świat w taki sposób, żeby wszystko, co widać w telewizji wydawało się fikcją a to, że porywacz – Stary Nick – regularnie przynosi im podstawowe produkty – na wpół magią. Stary Nick zresztą nigdy Jacka nie widział – matka chłopca wywalczyła ten jeden warunek swojej niewoli, próbując chronić dziecko, które momenty wieczornych i nocnych odwiedzin przeczekuje zamknięte w szafie. Jack jednak rośnie coraz bardziej, naturalnie staje się bardziej ciekawski i wymagający, i nie zawsze łatwo go opanować. Jego matka – Joy – wymyśla więc ryzykowny sposób na wyrwanie się z rąk porywacza, ale będzie to wymagało współpracy syna, który niekoniecznie jest na to gotowy.


Wydaje się, że obserwowanie horroru, jaki spotkał przypadkową dziewczynę, to najgorszy możliwy wariant, jednak – co uważałam za najlepsze w powieści i tak samo spodobało mi się w filmie – okazuje się, że sprawa sięga o wiele głębiej. Bo jeśli nawet uda się uciec – co wydaje się szczęśliwym zakończeniem – to jak po tylu latach wrócić do społeczeństwa, jak spojrzeć w oczy ludziom, którzy zapamiętali cię w zupełnie inny sposób, jak wytrzymać ich współczujące i nierozumiejące spojrzenia? A przede wszystkim – jak miałby się w tym wszystkim odnaleźć mały Jack, który nigdy nie wiedział, co tracił? Skąd wziąć siłę i cierpliwość, jeśli już nie jest się na skraju wytrzymania i nie walczy się o życie? Te wszystkie pytania film stawia w bardzo subtelny sposób (choć – ze względu na różnice między środkami przekazu – nieco mniej subtelny niż w powieści) ponieważ wszystko zostaje przefiltrowane przez nieświadome wielu rzeczy oczy Jacka. Problemy nie są przedstawione łopatologicznie ani w sposób zbyt przerysowany czy brutalny, a jednak – będąc dorosłymi ludźmi – rozumiemy.


Jeśli miałabym porównać film i książkę, to porównanie wypadłoby nadzwyczaj korzystnie dla obu stron. Niczego innego się nie spodziewałam odkąd tylko dowiedziałam się, że to autorka powieści we własnej osobie jest odpowiedzialna za scenariusz. Doskonale wyczuła na które fragmenty powinna w filmie położyć nacisk, a które da się wyciąć w taki sposób, by nie stracić za wiele przekazu. Kilka scen, które w książce ukazywały bezduszne żerowanie mediów na ludzkiej tragedii (czy to w postaci talk show czy przeintelektualizowanych rozmów na kanale kulturalnym) w filmie skondensowano w jednej, mocnej scenie, do której już właściwie nie trzeba było nic dodawać. Bardzo dobrze zostały też zobrazowane momenty ujawniające różnego rodzaju konstrukty społeczne, z których w życiu codziennym nie zdajemy sobie sprawy, a po rozłożeniu na czynniki pierwsze okazuje się, że wcale nie mają zbyt wiele sensu. Szczególnie w powieści pojawiły się fragmenty opisujące niezrozumiałe dla Jacka przeświadczenie otoczenia, że powinien się zachowywać w taki czy inny sposób, lubić to czy tamto. Bo niby dlaczego różowy jest kolorem dla dziewczynek, niby dlaczego to chłopcy mają się dzielić z dziewczynkami albo starsi z młodszymi? Jack zadaje rozbrajające pytania, które są tak naprawdę pytaniami bardzo ważnymi, pokazującymi jak wszystko to, co nas otacza nie jest w rzeczywistości tak logiczne i naturalne, za jakie się je uważa. Jego brak zrozumienia dla naszej szarej codzienności to to, co najbardziej zachwyciło mnie w powieści i sprawiło, że myślę o Emmie Donoghue z ogromnym podziwem dla jej przenikliwości. Przede wszystkim zaś jestem wdzięczna za to, że miałam wrażenie jakbym do wszystkiego dochodziła sama, bez nachalnego amerykańskiego ding, ding, ding, it’s profound!  


Brie Larson dostała za rolę w filmie Oscara. Jak najbardziej jej się należał – dawno nie widziałam tak zmęczonego aktora, Leonardo ze swoją „Zjawą” może się schować. Bardzo dobrze uchwyciła emocje targające bohaterką, wszystkie frustracje, żale i blokady spowodowane wieloletnim uwięzieniem. A przy tym instynkt macierzyński w tym najtrudniejszym wydaniu, kiedy chce się dla dziecka jak najlepiej, ale najlepiej się nie da. Bardzo spodobała mi się także rodzina Joy, a szczególnie Joan Allen, grająca jej matkę. William H. Macy nie do końca wykorzystał potencjał, jaki tkwił w jednej ze scen, ale jako zagubiony ojciec również wypadł wiarygodnie (bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie rola Toma McCamusa, który wprowadził do filmu odrobinę tak potrzebnego ciepła). Najbardziej jednak jestem zachwycona małym Jackiem, czyli grającym go Jacobem Tremblay’em. To zdecydowanie jedna z najlepszych dziecięcych ról jakie widziałam – ten dzieciak ma ogromny talent i zachowuje się tak naturalnie jak mało który dorosły aktor. Całkowicie mnie kupił i im gorzej coś przeżywał tym bardziej z całego serca mu współczułam i rozumiałam, nie czując śladu irytacji – po prostu widziałam człowieka w człowieku.


Podobno książką już dawno zainteresował się Hollywood, ale reżyser – Irlandczyk Lenny Abrahamson – pierwszy odezwał się do Emmy Donoghue, opowiadając jej swoją wizję ekranizacji; chciał bowiem uchronić tak dobrą historię przed spłyceniem. Takich ludzi nam trzeba! – chciałoby się zakrzyknąć, bo dokładnie to mu się udało. Jestem zachwycona „Pokojem”, bo nawet wiedząc dokładne czego się spodziewać bardzo się wzruszyłam i przeżywałam wszystkie trudy bohaterów równie silnie jak chyba wszyscy na sali kinowej. Bardzo gorąco polecam wszystkim ten film (i książkę!), uzbrójcie się tylko w mocne nerwy i ewentualnie pudełko chusteczek, a na pewno nie pożałujecie decyzji.  

Dziś recenzja nietypowa, bo napiszę o książce w odniesieniu do jej filmowej adaptacji, czy raczej potencjalnych problemów z adaptacją, które dostrzegłam już w trakcie lektury, jeszcze nie obejrzawszy filmu (polska premiera ósmego kwietnia). „High-Rise” Ballarda to jedna z książek z kilometrowej się listy „do przeczytania”, którą ułożyłam w trakcie studiów. Miałam szczęście do wykładowców bardzo entuzjastycznie nastawionych do swojej pracy, którzy nawet nie musieli się specjalnie wysilać żeby przekonać mnie do danej nadprogramowej lektury – wystarczało kilka zdań opisu i ten błysk w oku. Zdarzały się jednak rekomendacje szczególne, którym towarzyszyło podskakiwanie w ekscytacji albo małe pantomimy, na przykład „jestem Jamesem Bondem i zaraz zacznę strzelać”. „High-Rise” został mi zarekomendowany właśnie w taki, zapadający w pamięć, sposób, przez co uplasował się na szczycie mojej listy, choć nie było łatwo tę książkę odnaleźć i dopiero zbliżająca się ekranizacja mi to ułatwiła. Przeczytałam więc, jestem gotowa na film i można by powiedzieć, że wszystko w porządku, ale już mam podejrzenia, że nie będzie tak do końca, bo obejrzę film jedynie luźno inspirowany książką, a to duże marnotrawstwo. Oto dowody:




1. Ta powieść nie ma duszy – czy film umie to odzwierciedlić?

Nie w negatywnym sensie. Ballard w dzieciństwie mieszkał w Szanghaju, narażony na niebezpieczeństwa wojny chińsko-japońskiej w 1937 roku. W młodym wieku, po ataku na Pearl Harbor, spędził aż trzy lata w obozie dla internowanych, gdzie napatrzył się na przemoc i częste brutalne pobicia, a jednocześnie jak mógł korzystał z beztroski związanej z bycia dzieckiem. Jak sam mówił, te wydarzenia odbiły się na jego psychice i sposobie myślenia i to bardzo widać w jego twórczości.  W czasie wojny, w ekstremalnych warunkach, bardzo często zanikają ludzkie odruchy. Ludzie czasem działają automatycznie, dopuszczają do głosu prymitywne instynkty i dbają o zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych, jednocześnie wyłączając w głowie pstryczek odpowiadający za instynkt przetrwania – inaczej strach o własne życie sparaliżowałby ich. Wkrada się chaos i nic nie jest pewne. Ten mechanizm zaobserwował Ballard i wyraźnie go to zafascynowało. Pisarz interesował się psychiatrią i psychoanalizą, a kiedy ostatecznie zajął się tworzeniem fikcji literackiej te zainteresowania nadal mu towarzyszyły.

„High-Rise” jest trudną książką. Napisaną niezbyt przystępnym językiem, z beznamiętnymi postaciami. Jest w niej dużo relacji międzyludzkich i dużo erotyki, ale nie ma w ogóle uczuć. Wszystko dzieje się jakoś „poza”, tak jak nie zależy od naszej decyzji to, że oddychamy, czy umieramy ze starości – tak po prostu jest, taka kolej rzeczy. W wieżowcu właśnie pojawia się taki bliżej niezidentyfikowany impuls, coś zaczyna się dziać – wszystkim jest za dobrze, mają zaspokajane wszelkie potrzeby i nawet nie muszą wychodzić poza teren budynku, bo mieści się w nim wszystko od supermarketu, przez basen, aż po szkołę. Tego dobrego gromadzi się już za wiele i kiedy jest za dobrze w końcu muszą zacząć tworzyć się jakieś napięcia – i tak od drobnej szczeliny dochodzimy do całkowitej przepaści, nad którą stają bohaterowie i z rozmysłem w nią skaczą. Od drobiazgu do katastrofy – ład i porządek znikają z rzeczywistości w wieżowcu i bohaterowie zaczynają ulegać tym samym mechanizmom, którym ulegają żołnierze na wojnie. Życie i wyższe wartości tracą na znaczeniu, najważniejsze jest osiągnięcie celu. Jednym z nich, dla trójki głównych bohaterów, jest zdobycie pozycji samca alfa oraz panowania nad najwyższym piętrem budynku – niezależnie od poniesionych kosztów. Czemu to wszystko służy? Ależ absolutnie niczemu, to czysta fizjologia i podskórny instynkt, któremu mieszkańcy wieżowca się poddają. Z czasem zaczynają coraz bardziej przypominać zwierzęta – w najlepszym razie – częściej bezduszne manekiny. Nikt nie wzbudza sympatii; z przerażeniem i niesmakiem oglądamy tę degenerację, zafascynowani jedynie tym jak daleko można się posunąć i popaść w zupełną abnegację.

Jaki problem widzę z ekranizacją? Oglądam zwiastun i widzę zwykły film. Prześliczny wizualnie, spektakularny wręcz, ale bez tego strasznego zaduchu, który towarzyszył mi podczas lektury. Gdyby Giorgos Lanthimos, reżyser filmu z mojej poprzedniej recenzji (KLIK) zabrał się za tę adaptację to może, może wyszłoby z tego coś zbliżonego do oryginału; coś, na co patrzy się z uczuciem niewygody i przestrachem. Ale nie, ta książka po prostu nie jest za bardzo filmowa, należałoby stworzyć atmosferę napięcia bez słów – poruszającym obrazem rozkładu i zgnilizny (w przenośni i dosłownie), a tymczasem dostaniemy pięknego Toma Hiddlestona trochę popaćkanego farbą, ale w dobrej formie i o zdrowej cerze. Film i książka to będą dwa zupełnie osobne dzieła.




2. Tom Hiddleston is the bad guy. Or is he?

To już nie jest zarzut ani wobec książki ani filmu, a bardziej coś, czego się nie spodziewałam, nie umiem sobie wyobrazić i jestem tego bardzo ciekawa. Mianowicie czy Tom Hiddleston może zagrać postać, której nie lubimy i jej nie kibicujemy? To tak czarujący, sympatyczny i charyzmatyczny aktor, że (z całym zaufaniem do jego talentu aktorskiego) nie umiem sobie wyobrazić jak mam oglądać go na ekranie i nie darzyć żadnym afektem, patrzeć chłodno jak wykorzystuje i krzywdzi ludzi dookoła siebie, o sobie samym nie wspominając. Odpowiedź jest pewnie prosta – film to wszystko ugładzi i dostaniemy zupełnie inną postać, do której będzie można się przywiązać. Trochę się cieszę, a trochę jest mi przykro, bo chciałabym zobaczyć tego aktora w nowej odsłonie, a na razie – skubaniec – zawsze dawał się lubić. Ciekawa jestem (a na to wskazuje i zwiastun i plakaty) czy Hiddleston jako Robert Laing będzie grał główną rolę. W książce jest trzech równorzędnych bohaterów (to ciekawe, że bohaterki – choć równie silne, sprytne i gotowe na wszystko jak mężczyźni – są zepchnięte na drugi plan), ale zarówno Jeremy’ego Ironsa (który gra architekta Wieżowca, Anthony’ego Royala) jak i Luke’a Evansa (szalony dokumentalista Richard Wilder) trudno się w zwiastunie dopatrzeć.

3. Zimno, zimno

Ballard pisał bardzo oszczędnym stylem. Narracja jest chłodna, język wyrazisty, ale przy tym oszczędny w przybliżaniu emocji. Nie wchodzimy w umysły bohaterów, nie wiemy do końca co nimi kieruje, a jedynie przyglądamy się im z rezerwą. To ciekawy zabieg, który w efekcie sprawia, że przygoda z powieścią przypomina wycieczkę po muzeum – możemy obejrzeć sobie eksponaty, ale nie dowiemy się o nich więcej niż powie nam ich wygląd i tabliczka z rzeczowym opisem. Czy w filmie dostaniemy podobną oszczędność? Prawdopodobnie nie – co nie musi być wadą – ponieważ już w zwiastunie wita nas narracja prowadzona przez głównego bohatera, Roberta Lainga. Laing rozmyśla, dzieli się refleksjami, wciąga w swój świat i oprowadza nas po nim z własnej perspektywy. Efekt zupełnie odwrotny do tego z powieści.





4. Książka z ratingiem od 18 lat, a film dla kogo?

Czytałam dużo dziwnych książek, których fabułę było aż przykro sobie wyobrażać. „Fabryka os” Banksa, „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood, czy „Zombie” Joyce Carol Oates – wszystkie powodowały, że włos się jeżył na głowie kiedy przychodziło do wyobrażenia sobie tych psychopatyczno-erotycznych światów, a „High-Rise” z całym przekonaniem dopisuję właśnie do tej grupy powieści – których wizualizację w głowie można jakoś przetrawić, ale zobaczenie tego na żywo (a pośrednio i zobaczenie na ekranie) to dla niejednego mogłoby być za wiele. Dlatego takie powieści rzadko są ekranizowane, a jeśli są to w ugładzonej formie. Filmy nie bojące się prawdziwej brutalności i nie uciekające się do takich zabiegów jak zaciemnianie ekranu w stosownym momencie czy najazd na jakiś niepozorny szczegół, by oszczędzić widzowi dosadnych scen, to produkcje niszowe i nie cieszące się popularnością – taki na przykład „Header” Flancrastina, opowiadający o bardzo perwersyjnych gwałcicielach, w czasie projekcji wykurzył z sali połowę widowni, bo nie dawało się na to patrzeć. „High-Rise” mógłby tak samo kontrowersyjnie zniechęcać widzów do oglądania, ale wtedy kto by poszedł do kina?

W dekadenckim wieżowcu ludzie – pławiący się w luksusach – w pewnym momencie zbiorowo zaczynają czuć, że już dość. Następuje rozłam na piętra niższe i wyższe i od tej pory już nie ma reguł. Kiedy dochodzi do pierwszego odcięcia prądu, to już od początku mamy duże straty – śmierć, zniszczenia, napastowanie kobiet w windach. Nikt się tym nie przejmuje. A im staje się gorzej, tym skuteczniej wszyscy udają, że tak musi być, że to naturalne gwałcić, zabijać, niszczyć, defekować na widoku. Nawet instynkt przetrwania nie jest już na tyle silny aby opuścić budynek w celu uzupełnienia zapasów żywności. Wszyscy ulegają jakimś pierwotnym instynktom, zachowują się jak prymitywne koczownicze ludy podczas wojny między kilkoma plemionami, w której to wojnie stawką nie jest wygrana sama w sobie i zdobycie własnego terytorium, a bardziej dokonanie po drodze tylu zniszczeń ile się da, całkowite odcięcie od człowieczeństwa, pofolgowanie tym odruchom, które nie mają akceptacji w normalnym społeczeństwie. Po pewnym czasie bohaterowie sami nie wiedzą już do czego dążą.

Nie przypominam sobie zetknięcia z podobnym światem, w którym nie ma ani promyczka nadziei. To ten totalny brud i odpuszczenie wszelkich hamulców czyni „High-Rise” „High-Risem” i bez tych elementów (a, umówmy się, z ratingiem 14-15 lat w filmie ich nie będzie) to już nie będzie ekranizacja, a luźna adaptacja. Nie to.




Co ostatecznie chcę przekazać to to, że książka Ballarda ma niezwykły klimat (nie mroczny, ale mówi o mrocznych cechach ludzi), jest trudna i bardzo pełna przemocy. Nie jest nawet przejmująca, tylko tak po brytyjsku zdystansowana. Gdyby była filmem, nie nalepiono by na niej wielkiego czerwonego kwadracika, bo w ogóle nie trafiłby do  powszechnej dystrybucji; książki jednak nie mają ograniczeń wiekowych i można w nich czytać o bezsensownym mordowaniu, niszczeniu, gwałtach i wymysłach ludzi, którzy postradali zmysły, bo nie kontrolowały ich żadne ograniczenia. To wszystko jest rzecz jasna przejaskrawione, ale daje do myślenia na temat tego jak niewiele dzieli nas od tego by porzucić wszelkie społeczne ustalenia i dopuścić do głosu jedynie instynkt. Po części opowiedział nam o tym film „Dzikie historie” Damiána Szifróna. Czy ekranizacja „High-Rise” dokończy opowieść – okaże się w kwietniu. A tymczasem bardzo polecam lekturę, bo choć trudna, to niezwykle ciekawa.
Obsługiwane przez usługę Blogger.