W zasadzie każdy film można nazwać filmem nie dla każdego, bo chyba jeszcze się taki nie znalazł, który bez szemrania obejrzałby absolutnie wszystko, co podetkną mu pod nos, i jeszcze byłby zadowolony z rezultatu. „Neon Demon” prawdopodobnie należy do tej kategorii jednak trochę bardziej niż większość tego, co można obejrzeć w kinach, a wszystko za sprawą specyficznej oprawy wizualnej. Film mieni się kolorami, błyska i skrzy się, piękno przeplata się – nie, może nie z brzydotą, chyba że tą wewnętrzną, zgnilizną moralną – ale z szaleństwem, dzikością, surrealizmem. To, w gruncie rzeczy, prosta historia dziewczyny w wielkim mieście, ale historia, która sama w sobie nie jest zbyt istotna, a dzięki Lynchowskiej stylistyce nabiera mocnego rozpędu. Jednak czy rozpędziła się w dobrym kierunku i do odpowiedniej prędkości?

Podobne filmy już były. Pisałam o serialu „Pot i Łzy”, który przedstawia historię aspirującej primabaleriny, przywoływałam „Czarnego Łabędzia” czy „Show Girls”. Dodać do tego miksu trochę Lynchowskiego surrealizmu, i bogatych obrazów jak z „Wielkiego Piękna” i mamy receptę na nowy film i lekkie deja vu. Jeśli komuś wspomniane przeze mnie tytuły niewiele mówią, a od mieszanki zmysłowości i surrealizmu trzymają się z daleka,  wtedy tak, może poczuć się filmem zadziwiony. Myślę jednak, że „Neon Demon” nie ma aspiracji by szokować. Ten film jest ucztą dla oczu, porzuca realizm na rzecz symbolizmu. W swej ostrości i pikanterii nie jest zbyt dosadny, nie daje do końca jasnych odpowiedzi, ani ich nie szuka. Ostatecznie jednak ukazuje ludzkie słabości, a do tego momentu groteska narasta do tego stopnia, że nie może być mowy o moralizatorstwie, a jedynie o zabawie formą.


Jesse (Elle Fanning) jest trochę jak z bajki Disney’a: niewinna księżniczka, olśniewająca od pierwszego wejrzenia swoim naturalnym pięknem. W Los Angeles nikt nie jest tak niewinny ani naturalnie piękny, więc – rzecz jasna – to się ceni. I tego się zazdrości. Droga rozwoju Jesse w karierze modelki nie jest tu jednak kluczowa. Choć obserwujemy jak nawiązuje relacje i jak się zmienia, a przemianę przechodzi spektakularną i zaskakującą, to ostatecznie największe wrażenie w filmie robi to jak bardzo w pewnym momencie reżyser odrywa się od rzeczywistości, by zaadoptować coraz więcej elementów baśniowych, surrealistycznych, odwróconych schematów i przerysowanych obrazów. Dominują one cały film, spychając niektóre wątki na dalszy plan, innych zupełnie nie rozwiązując – w końcu zwykłe życie i zwykli ludzie w świecie takich modelek nie jest warte odnotowania (co może irytować widzów spragnionych fabuły).


Warstwa symboliczna (nie mylić z filozoficzną) jest w filmie obecna od samego początku. Podczas gdy Jesse w swej naturalności zachowuje się bardzo ludzko, nieraz niezręcznie bądź rozbrajająco niewinnie, jej koleżanki po fachu – doświadczone modelki po przebytych licznych operacjach plastycznych – wypadają bardzo sztucznie, recytując teksty bez wyrazu i prawdziwych emocji, używając jedynie wystudiowanych gestów. Coś, co z początku może wydawać się kiepską grą aktorską, okazuje się z czasem kolejnym zabiegiem stylistycznym. Wyławianie tego typu smaczków i drobiazgów to jedna z większych przyjemności płynących z oglądania „Neon Demon”.



Wiele osób, wychodząc z kina, zwraca uwagę na pulsującą muzykę i energetyczną atmosferę, dla mnie jednak siła filmu zdecydowanie tkwi w warstwie wizualnej. Niemal każdy kadr można smakować godzinami. Szczególnie magiczną i zapadającą w pamięć była dla mnie scena z pumą, której nieokiełznana energia była ciekawym zwiastunem nadchodzącej atmosfery zagrożenia, a także przeobrażenia bohaterki. Ciekawe jak Jesse, od początku świadoma swojego piękna, stopniowo porzuca otoczkę niewinności by okazać się coraz bardziej pusta w środku. Ale ta jej droga wcale nie jest osią filmu, tak naprawdę fabuła jest szczątkowa i znaczy niewiele w ogólnym rozrachunku, na co szczególnie wskazuje zakończenie. Dlatego wybierającym się do kina proponuję przede wszystkim wczuć się w atmosferę, wyluzować, przetrzeć okulary i przygotować na to, że po wyjściu na dwór wszystko wyda się na chwilę szare i nijakie, ale za to swojskie. To przedziwne zderzenie z rzeczywistością jest ciekawym efektem ubocznym seansu w kinie.


Wrócę jeszcze do kwestii tempa i kierunku, w jakim podąża film. To, że coraz bardziej odrywa się od rzeczywistości jest moim zdaniem plusem, pozwala rozwinąć skrzydła twórcom odpowiedzialnym za formę, hipnotyzuje. Jednak ostateczny moment kiedy film staje się surrealistyczno-symboliczny, jest moim zdaniem umiejscowiony trochę późno, niejako w formie zwieńczenia utworu. Zastanawiam się czy nie byłoby ciekawiej gdyby skręcić w tę stronę już wcześniej, a było ku temu wiele okazji. Film przede wszystkim czaruje obrazem, więc dlaczego by nie skorzystać?

Na koniec uwaga ogólna, nie ode mnie osobiście, ponieważ ja filmy dziwne i makabryczne bardzo lubię, więc mnie szokuje niewiele, ale: film może być szokujący. Od krwawych obrazów, przez seksualizowaną przemoc, po nekrofilię, w „Neon Demon” roi się od wszelkiego rodzaju dziwactw i okropności. Czy jednak będziemy się tego bać i brzydzić, czy raczej potraktujemy jako element wystroju niczym w wideoklipie Lady Gagi, to już zależy od nas samych.

Polecam na dużym ekranie, na luzie, bez zawyżonych oczekiwań. 
Wyjazd do Japonii nie przytrafia się codziennie, więc trzeba taką okazję dobrze wykorzystać, dużo przeżyć i dużo zobaczyć. Problem w tym, że wszędzie jest tak pięknie i tak niespodziewanie, że kiedy już człowiek wyląduje w jednym miejscu, to wcale nie ma ochoty go zbyt prędko opuszczać. W podjęciu tej trudnej decyzji pomaga tylko wiedza, że tuż za rogiem czai się więcej, a potem i jeszcze więcej. I że mimo wszystko to wcale nie taki koniec świata i zawsze można się pocieszyć, że może jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Ja sama problem z ruszeniem się z miejsca miałam już na samym lotnisku Tokio Narita, ponieważ w samolocie trafiłam na tak miłe towarzystwo i po przyjeździe byłam tak szczęśliwa, bo dotarłam i jest cudownie (a nawet lepiej niż się spodziewałam, bo w kwietniu powietrze jest bez porównania przyjemniejsze niż latem), że musiałam sobie po prostu trochę posiedzieć na ławce i się pouśmiechać. Potem było już tylko lepiej, a każdy kolejny dzień przyćmiewał poprzedni.

Japonia tradycyjna to coś, czego szuka większość przyjezdnych, którzy nasłuchali się o szogunach i gejszach, lub napatrzyli na buddyjskie lub shintoistyczne świątynie w filmach i na zdjęciach. I owszem, oglądając takie (przepiękne, przyznam) obrazki, można spędzić cały pobyt w tym kraju, ale nie jest to jedyne, co Japonia ma do zaoferowania. Nie jest też jednak prawdą, że w Japonii na każdym kroku można spotkać oszalałych fanów anime albo cosplay'erów, że wszędzie czai się wysoce zaawansowana futurystyczna technologia (choć wiele toalet ma guziczki, to jednak nie jest to żadna filozofia). Oczywiście, zarówno fani tradycji jak i nowoczesności mogą się poczuć w Japonii jak w raju, sama czerpałam z tych możliwości pełnymi garściami, dla mnie jednak urok tego miejsca znajduje się gdzieś pomiędzy. Pomiędzy miską ryżu z surowym jajkiem i sosem sojowym na śniadanie, a origami w kształcie żurawia, którym przemiła sprzedawczyni częstuje po sprzedaniu pocztówki. Dlatego właśnie postanowiłam napisać nie dziennik z podróży, nie relacje z kolejnych miejsc, bo o tym możecie poczytać wszędzie, a właśnie takie luźne wspomnienia tego, co najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Częściowo opadłe płatki japońskiej wiśni w parku Shinjuku (na drzewach wciąż cudownie różowo)

Mówi się, że w Japonii wszyscy siedzą/stoją/idą z nosami w telefonach i cóż… jest to prawda. Ta cecha uaktywnia się przede wszystkim w transporcie miejskim, kiedy to naprawdę wszyscy mają wyciągnięte telefony i zawzięcie w nich grzebią. Trzeba jednak zaznaczyć, że robią to kulturalnie. Głos w głośnikach w metrze i pociągach nieustannie prosi o wyłączenie dźwięku w komórkach i powstrzymanie się od rozmów, jest więc dość cicho i przyjemnie. W pociągach, jeśli zachodzi potrzeba, można pójść na koniec wagonu i tam odbyć ważną rozmowę. To japońskie posłuszeństwo i trzymanie się zasad ogromnie umila życie codzienne. Nikt nie pcha się do drzwi metra, bo wszyscy grzecznie stoją w kolejkach w wyznaczonych miejscach (przy których drzwi nadjeżdżającego pociągu ustawione będą co do centymetra, więc nie ma mowy o niespodziankach) i wprawdzie nawet najbardziej krucho wyglądająca staruszka wepchnie się do zapełnionego wagonu z siłą i mocą konia pociągowego, to jednak zrobi to w swoim czasie i nie wcześniej, dopiero jak wszyscy wyjdą, a ludzie z kolejki przed nią zapakują się do środka.

Góra Fuji w pełnej krasie. Wcale nie tak łatwo trafić na taki dzień, kiedy górę tak ładnie widać.

Bai bai to nowe japońskie sayōnara, bo tego drugiego większość społeczeństwa już nie używa. Japończycy, zwykle młodzi, ale nie tylko, zachwycają takich obcokrajowców jak ja, przeprowadzając swoje rytuały pożegnalne po wieczornych spotkaniach. Polega to na tym, że para bądź grupka znajomych ustawia się naprzeciwko siebie (o ile to możliwe – w kółeczku) i z odległości metra wszyscy machają do siebie przez dłuższy czas, wołając bai bai. Jest to tak urocze, że człowieka nachodzi ochota na mocną kawę, żeby zrównoważyć te słodkie uczucia. 

 Metropolitan Government Building. Jeden z darmowych punktów widokowych w Tokio.

Wręczanie reszty w sklepie to kolejny cały rytuał, który robi wrażenie i, jak człowiek poświęci mu choć chwilę refleksji, okazuje się mieć bardzo dużo sensu i zasługuje na zaimplementowanie na całym świecie. Niektórym wiadomo, że w Japonii uprzejmość wymaga wręczania czegokolwiek przy użyciu obu rąk – to samo tyczy się wręczania reszty w sklepie. Tak więc, pięknie odliczone i malowniczo „pstryknięte” palcem banknoty (w kolejności od największego do najmniejszego nominału, twarzą zdobiącego je Japończyka w naszą stronę) wędrują do naszego portfela, a w następnej kolejności – w drugiej turze – takoż ułożone monety umieszczone na rachunku, który również zostaje podany obiema dłońmi. Kiedy człowiek nauczy się to obsługiwać to zaczyna żałować, że jest to tylko japoński zwyczaj, bowiem wsypywanie monet do portfela jeszcze nigdy nie było takie sprawne jak przy użyciu karteczki. Takie drobne udogodnienia Japończycy opanowali do perfekcji.

Złoty Pawilon w Kioto. Nie widać tego tłumu za moimi plecami. 

Jedno z moich najmilszych wspomnień, choć to straszny drobiazg, dotyczy przejazdu między Kioto a Himeji. Shinkansen jak shinkansen, lepszy niż pociągi PKP, ale nie ma powodu, żeby od razu mdleć z zachwytu. Jednak ten jeden konduktor… Trzeba wam wiedzieć, że w Japonii nic nie dzieje się przypadkiem. Podczas gdy u nas konduktor może sobie biegać po całym pociągu i nigdy nie ma pewności czy mamy te nasze bilety wyciągać, czy jeszcze nie, to w Japonii nie my jesteśmy dla konduktora, a konduktor dla nas. Młody mężczyzna w pełnym umundurowaniu otwiera drzwi wagonu, przystaje w nich na moment i leciutko kłania się z przemiłym uśmiechem na twarzy. Potem przystępuje do sprawdzania biletów, a jego uprzejmej życzliwości nie ma równych. Takim sposobem przemierza wagon za wagonem, ale na tym nie koniec – bo do wagonów nie tylko trzeba wejść, ale jeszcze z każdego należy się wydostać; oczywiście – równie uprzejmie. I tak okazuje się, że wagonu nie można tak po prostu opuścić, nie zwracając uwagi na pasażerów. Należy się odwrócić i ukłonić by okazać swój szacunek. Kiedy robi to poważny, przyzwyczajony do swojej pracy starszy pan, jest to całkiem miłe. Ale gdy robi to szczerze uśmiechnięty młodzieniec – rozczulenie trzyma człowieka przez cały dzień. 

Cały tłum figurek Maneki Neko przy świątyni Gotokuji w Tokio, skąd pochodzą.

Niewielu Japończyków dogaduje się po angielsku, ale – wbrew krążącym opiniom – dogadać się można bardzo łatwo, używając kilku podstawowych zwrotów, a w kluczowych miejscach przekonując się, że z angielskim nie jest znowu tak tragicznie. Na stacji czy w hotelu dogadacie się spokojnie, o drogę też zapytacie i jeszcze dostaniecie piękną mapkę. Engrish – czyli taki japoński angielski – jest jednak wszechobecny i prawdziwie rozczulający (szczególnie mnie, jako anglistkę). Koszulki z niegramatycznymi nadrukami po angielsku można spotkać bardzo często, bo oczywiście znajomością angielskiego warto się popisać, nawet jeśli jest wątpliwa. W japońskich piosenkach co chwilę można też wychwycić jakieś losowe angielskie słówko, bo tak jest bardziej fancy. Ale najbardziej spodobało mi się rozszyfrowywanie komunikatów na niektórych (bo oczywiście nie wszystkie przetłumaczone są źle) znakach w miejscach publicznych. Mój ulubiony, z parku przy świątyni Heian w Kioto, brzmi następująco:
“When crossing [nazwa stawu zapisana znakami Kanji] be careful of the footing sufficiently. Understand beforehand because the responsibility can not be assumed about the accident in case and so on.”
Piękne? Piękne.

Trochę japońskiego folkloru. Od przodu nie pokażę ;)


Japończycy to bardzo sprawny naród. Nie da się inaczej, kiedy prawie całe życie domowe toczy się na podłodze, ciągle trzeba się kłaniać i dobrze jest regularnie wspiąć się na jakąś świętą górę czy do którejś ze świątyń. Nie dziw więc, że na każdym kroku, a szczególnie w mniejszych miejscowościach, można natknąć się na rowerzystów, a już od świtu parki i alejki zapełniają staruszkowie uprawiający jogging. Parki są do chodzenia, a nie do siedzenia, więc bardzo często ławek po prostu nie ma (a jak chce się spróbować hanami, czyli podziwiania kwitnących wiśni, to najlepiej zaopatrzyć się we własny kocyk i trochę prowiantu czy nawet alkoholu – co jest jak najbardziej dozwolone i bardzo miło jest zrobić sobie taką posiadówkę na przykład nocą nad rzeką w Kioto, a i na środku pewnej bocznej uliczki w okolicach tokijskiego Ikebukuro widziałam panów na spokojnie sączących piwko). Na metro czy pociąg owszem, zdarza się czekać na krzesełkach, jednak zdecydowanie preferowanym sposobem jest ustawienie się w kolejce. Posiedzieć sobie można wieczorem, w knajpce. Wcześniej nie ma czasu, bo trzeba zwiedzać.

Widok na Tokio z Metropolitan Government Building.

Jak już Japonia, to trzeba było odhaczyć kilka typowych dla tego kraju miejsc, takich jak kocia kawiarnia. Wyszukałam więc sobie na miejscu spis takich przybytków i wybrałam jeden, wygodnie położony, z dobrymi ocenami klientów. Trochę się pobłądziło podczas przechodzenia ogromnym i szerokim przejściem nadziemnym, ale to tylko dodatkowa przygoda i więcej cudownie przypadkowego zwiedzania! Na miejscu bardzo kocio. Pomieszczenie malutkie, ale kolorowe i przyjemne, zakocenie na zadowalającym poziomie. Pani z obsługi daje do przeczytania regulamin i cennik po angielsku (cena naliczana za czas pobytu) i zaprasza do cieszenia się miauczącym towarzystwem. Kotki przeróżnej maści leżą, siedzą i chodzą tu i tam, czas płynie bardzo szybko. Moją uwagę zwraca jednak samotny pan w garniturze, z pracowniczą plakietką na szyi. Jest jedynym klientem. Zdjął marynarkę i smętnie macha patyczkiem żeby przyciągnąć uwagę jakiegoś czworonoga, ale na próżno. Mężczyzna nie przejmuje się tym, siedzi sobie spokojnie, znajdując ukojenie po pracy, chwilę odpoczynku w miejscu, gdzie nikt mu nie przeszkadza i nikt nie ma wymagań. Gdybym miała wrócić do neko cafe to najbardziej na świecie chciałabym zobaczyć tam nie któregoś z pięknych kotów, a tego mężczyznę – tym razem z uśmiechem na twarzy.

To wszystko w tej części – szykuje się jeszcze więcej. Jeśli chcielibyście poczytać o czymś bardziej konkretnym, bądź macie pytania – piszcie w komentarzu!




W kinie niemym słowa – oczywiście – nie padały, ale gra aktorska była bardzo specyficzna, wyrazista i teatralna, aby przejrzyście przekazać przeżycia bohaterów. Poza tym, częściej lub rzadziej, na ekranie pojawiały się plansze z najważniejszymi kwestiami czy dialogami i ostatecznie trzeba przyznać, że milczenie zwykle nie niosło za sobą najmniejszych problemów ze zrozumieniem przekazu, ani też nie wymagało od widzów ponadprzeciętnej empatii, która byłaby niezbędna do współodczuwania z bohaterami. Dziś zabieg ograniczenia ilości słów, a nawet całkowitego wyzbycia się ich jako środka przekazu, to większa rzadkość, ruch często ryzykowny. Jesteśmy przyzwyczajeni do prostego kina akcji i lekkich komedii, często chodzimy do kina aby odpłynąć daleko od codziennych problemów, zrelaksować się i poddać filmowym sztuczkom, które pozwalają widzom ograniczyć wysiłek umysłowy. Czasem wręcz przeciwnie – spragnieni jesteśmy intelektualnego wysiłku, zabawy słowem, szukania nawiązań i polemiki z autorem, głębszej refleksji. Jednak jest też ta trzecia (w uproszczeniu podzielmy kino na trzy) możliwość, która celuje prosto w serce i tylko tam. A sercu słów nie potrzeba, zostawmy je rozumowi.

Chcę wam dziś przedstawić kilka filmów, które przemawiają tylko, lub przede wszystkim, obrazem, przemawiają do głęboko ukrytych emocji i poruszają je w taki sposób, że czujemy w sobie jakąś zmianę, choć nie umiemy do końca jej określić. To filmy, nad którymi nie trzeba się zastanawiać, ale warto je poczuć.


Pusty dom (Bin Jip) – Kim Ki-duk, 2004

To nie tylko mój ulubiony film z cyklu tych, w których pada niewiele słów – to w ogóle jeden z moich ulubionych filmów; jeden z tych, które rozpaliły we mnie miłość do kina azjatyckiego (może jeszcze o tym napiszę, ale moim zdaniem nikt tak dobrze nie rozumie i nie przedstawia tematu samotności jak Azjaci). To również idealny wybór jeśli ktoś chciałby rozpocząć swoją przygodę z reżyserem – Kim Ki-dukiem. Trudno znaleźć gdzieś tyle magii i spokoju, tak przejmującego piękna. Ten film to zen.

Sun-hwa piękną jest żoną bogatego mężczyzny, który stosuje przemoc domową. Tae-suk, pod nieobecność właścicieli, włamuje się do przypadkowych mieszkań, sprząta, robi pranie i dokonuje drobnych napraw, a po paru dniach znika bez śladu, jak duch. Któregoś dnia Tae-suk trafia do domu, który nie jest opuszczony – mieszka w nim Sun-hwa. Wszystko skończyłoby się z momencie powrotu okrutnego męża z pracy, jednak pomiędzy młodymi ludźmi nawiązuje się – bez słów – nic porozumienia i kobieta spontanicznie opuszcza dom w towarzystwie nieznajomego i zaczyna dzielić z nim specyficzny styl życia. Gdybym miała porównać do czegoś „Pusty dom”, to prawdopodobnie wybrałabym porównanie do haiku. W pierwszy wersie się poznają, w drugim wiodą niezauważalne życie lekkiego zefirku, a w trzecim wykorzystują tę umiejętność i stają się silniejsi oraz przeciw wszystkiemu – na swój sposób razem, na swój własny sposób szczęśliwi.


Plemię (Plemya) – Mirosław Słaboszpycki, 2014

Film o tyle ciekawy, że faktycznie nie pada w nim praktycznie ani jedno słowo – bohaterowie posługują się językiem migowym, a twórcy celowo nie umieścili żadnych podpisów czy tłumaczenia. „Plemię” opowiada bardzo trudną historię młodzieży uczącej się w szkole z internatem, dla osób głuchoniemych. Główny bohater, nowy w szkole, musi wpasować się w świat pełen przemocy i niebezpieczeństw, ciągłych zatargów z prawem, prostytucji i niesprawiedliwości. Choć niepełnosprawni, nikt nie powie o bohaterach tego filmu, że są słabi. Bije od nich zdecydowanie i siła, nawet jeśli są zagubieni w tym ogromnym świecie. Jednak nawet na skraju wytrzymałości nie zatrzymują się, nie roztkliwiają, tylko brną mocniej i dalej, pod wpływem instynktu, aż robi się za późno na odwrót.

Mimo minimalizmu, a może właśnie przez kontrast jaki tworzy z nieprzyjemną tematyką, film dostarcza dużych wrażeń. Kiedy bohaterowie o coś się kłócą, wychwytujemy w tym tylko podstawowe uczucia, nie ogarniamy sytuacji rozumowo. Wychodzimy z seansu z poczuciem, że obejrzeliśmy trudną, realistyczną historię, bez zbędnego moralizatorstwa, a tylko od nas samych zależeć będzie końcowa interpretacja zachowania bohaterów, których oglądamy przecież z dużego dystansu i możemy sobie ich dialogi dopowiadać, ale nigdy nie będziemy mieć pewności. Trochę tak, jakbyśmy obserwowali ich przez lornetkę i próbowali ułożyć kawałki w jeden obrazek.


Przed rozstaniem (Last Summer) Leonardo Guerra Seràgnoli, 2014

Ta produkcja, choć nie tak azjatycka jak „Pusty dom” (jedynie główna bohaterka jest Japonką) ma w sobie właśnie to azjatyckie piękno i spokój, o którym mówiłam wcześniej. Dominują tu przepiękne, długie ujęcia, kamera spokojnie śledzi bohaterów, a najważniejsze relacje narysowane są subtelnie i bez zbędnych słów, natomiast tło akcji ograniczone jest do minimum. Bardzo cenię takie filmy, w których nie ma wszystkiego, gdzie właściwie brakuje więcej niż dostajemy, ale dzięki temu możemy w pełni skupić się na tym, co mamy.

W „Przed rozstaniem” Naomi, posągowa piękność, dostaje kilka dni na neutralnym gruncie (w tym przypadku na jachcie) na pożegnanie się z synkiem. Nie wiemy co dokładnie zrobiła, ale nie będzie mogła się z nim widzieć do czasu, aż dziecko osiągnie pełnoletniość. Problem z pożegnaniem jest jednak taki, że chłopiec wyraźnie prawie nie zna matki, a większość obsługi nastawiona jest do kobiety bardzo wrogo, bazując na plotkach i strzępkach informacji. Zbliżenie się do syna jest więc dla Naomi czymś bardzo trudnym, bo żałuje swojej nieobecności, a ma zbyt mało czasu na naprawienie błędów. Do syna musi podchodzić jak do płochliwego zwierzątka, bo najmniejszy błąd mógłby przekreślić jej szanse na zdobycie zaufania dziecka, które jest pod wpływem wrogich jej ludzi. Te kilka dni na jachcie to przepiękna opowieść o budowaniu relacji, trudnych decyzjach i tragedii rozstania – została jednak namalowana jak obraz, w sposób zapierający dech w piersiach i pozwala nam bez tłumaczeń poczuć emocje kobiety i dziecka.


Odrodzenie (Ai No Yokan) – Masahiro Kobayashi, 2007

To chyba najtrudniejszy film z całego zestawienia, jeśli nie najtrudniejszy jaki w życiu widziałam. W tym filmie nic się nie dzieje, jednak jeśli otworzy się serce i wyłączy umysł, można zostać przepełnionym ogromem obezwładniających uczuć. Ja przyznaję, że rzucił mnie na kolana.

Starszy mężczyzna traci córkę. Zabiła ją koleżanka ze szkoły. Mężczyzna wyprowadza się, zamieszkuje samotnie w mieszkaniu pracowniczym przy hucie, w której pracuje codziennie. Zjada ryż z jajkiem. Zanosi pranie do pralni. W  przeraźliwie głośnej hucie na maskę sypią mu się iskry. Wraca do domu. W kantynie dla pracowników je ryż z jajkiem. Robi zakupy. Ogłuszający hałas i iskry w hucie. Sen. Ryż z jajkiem. Pranie. Huta. Sen. Ryż z jajkiem. Zakupy. Huta. Sen. Pewnego dnia zauważa, że kobieta pracująca w kuchni w jego hotelu, to matka morderczyni jego córki. Patrzą na siebie na ulicy. Ona zostawia mu pakunek z zakupami pod drzwiami. Huta. Sen. Ryż. Huta. Sen. Ryż.

W czasie seansu jakiś oburzony mężczyzna wstał i, wychodząc z sali kinowej ,zawołał „Ludzie, nie dajcie się robić w pajaca!”. Niektórzy nie wytrzymywali, innym było głupio. Ja mogę policzyć na palcach jednej ręki przypadki kiedy tak bardzo płakałam po filmie.


Ostatnie życie we wszechświecie (The Last Life in the Universe) – Pen-Ek Ratanaruang, 2003

W tym filmie słowa padają, ale są tak naprawdę nieistotne, wszystko rozgrywa się między bohaterami jakoś tak samoistnie. Żeby za dużo nie zdradzać, Kenji naraził się yakuzie. Poza tym pracuje w bibliotece i ma obsesję na punkcie porządku i myśli samobójcze. Ciągłe. Nieprzerwane. To, jak często i z jakim niezachwianym spokojem próbuje się zabić, w pewnym momencie wydaje się komiczne. W czasie jednej z prób samobójczych poznaje Noi, której młodsza siostra ginie w wypadku samochodowym. Losy Kenji’ego i Noi splatają się w intrygujący sposób, a mężczyzna okazuje się skrywać w sobie znacznie więcej, niż można by się spodziewać. Najbardziej w filmie podoba mi się poruszający realizm magiczny, taka odrobina czaru i niezwykłości, która pojawia się często w kiełkujących związkach między ludźmi – a w tym filmie została czarująco zobrazowana.


W ogóle reżyser tego filmu – Pen-Ek Ratanaruang – to niezwykle czarujący człowiek, który po prostu czuje magię związku, relacji międzyludzkich i skomplikowanych uczuć, jakie w sobie skrywamy. Nigdy nie zapomnę tego jak opowiadał o swoim innym filmie, „Nimfa” i wieloznacznym angielskim tytule, który wymyślił. Ten człowiek rozumie niuanse i subtelności i nie musi prowadzić widzów za rękę, aby zrozumieli jego przekaz. Niczego nie określa niepotrzebnie, niczego nie odpowiada. Takie filmy lubię.

A wy? Lubicie filmy, w których pada mało słów, a akcja zwykle toczy się powoli? Macie jakieś swoje typy?

Mówi się, że „The Night Manager” to taka wprawka Toma Hiddlestona przed wcieleniem się w rolę kolejnego Bonda. I coś w tym jest – Hiddleston jest charyzmatyczny, uroczy, dobrze wygląda w garniturze i ma śliczny akcent. Czego chcieć więcej? „The Night Manager” pokazuje, że można chcieć dużo więcej, bo aktor jest w stanie stworzyć nie tylko dobrze wyglądającą, ale też niejednoznaczną, intrygującą i bardzo ludzką postać, a to więcej niż niektórym wystarcza do szczęścia. Wróćmy jednak do serialu. Jest to produkcja sześcioodcinkowa, zainspirowana powieścią, opowiada więc zamkniętą historię – historię człowieka, który w akcie zemsty decyduję się na misję szpiegowania wpływowego handlarza bronią (Hugh Laurie), milionera udającego handlarza sprzętem rolniczym, a po drodze oczywiście wszystko się komplikuje.


Forma miniserialu moim zdaniem jak najbardziej zdała egzamin – akcja nie jest ani przesadnie rozwleczona (jak to ma miejsce choćby w tych wszystkich filmach, w których ostatnia część od czasów ostatniego Pottera musi być podzielona na dwa; że o „Hobbicie nie wspomnę”). Sama fabuła z powodzeniem zmieściłaby się nawet w trzech odcinkach, ale dzięki podwojeniu tej liczby znalazło się miejsce na wyraźne zarysowanie postaci i tła historii, rozpieszczenie widzów przepięknymi kadrami, a także poprowadzenie intrygi w sposób nieśpieszny i wyważony, co moim zdaniem pozytywnie wyróżnia tę produkcję na tle thrillerów, w których wszystko dzieje się na raz. O ile zwykle w tego typu filmach najbardziej interesuje nas akcja, o tyle w „The Night Managerze” dostajemy podobną dawkę dreszczyku emocji, a jednocześnie czas, by to wszystko przetrawić i przyjrzeć się prawdziwym zamiarom i intencjom bohaterów. Rozpracowywanie ich psychiki sprawiło mi tyle samo przyjemności, co samo spekulowanie na temat tego jak dalej potoczy się akcja.


Przyznam od razu, że pierwszy odcinek mnie nie zachwycił. Pod koniec poczułam iskierkę nadziei, że jeszcze się poprawi, że to dopiero początek, jednak gdyby nie dobra wola być może mniej chętnie zdecydowałabym się na danie serialowi drugiej szansy. Cieszę się jednak, że to zrobiłam, ponieważ już po drugim odcinku werdykt był jasny: serial jest świetny. Przy trzecim był już cudowny. Co jednak nie spodobało mi się za pierwszym razem? Otóż wątek, który stanowi siłę napędową i główną motywację do działania Jonathana Pine’a, głównego bohatera. Pine jest nocnym recepcjonistą w ekskluzywnym hotelu w Kairze, a jednocześnie byłym żołnierzem i generalnie człowiekiem nieustraszonym. Poznaje atrakcyjną kobietę, Sophie Alekan, która powierza mu tajne dokumenty, które świadczą na niekorzyść Richarda Ropera, który na szeroką skalę, pod przykrywką, handluje bronią. Pine, patriota, wysyła kopie dokumentów do Anglii, a wyciek sprowadza na kobietę wielkie niebezpieczeństwo. I choć Pine próbuje pomóc, daje się jej wciągnąć w krótki romans i ogólnie robi wszystko, co w jego mocy by pomóc damie w opresji, sytuacja kończy się tragedią i zostawia bohatera z krwawiącą raną w sercu. Nieco zbyt krwawiącą, jak na mój gust – w końcu romans trwał bardzo krótko, a między bohaterami nie dostrzegłam ani śladu chemii – a pamiętajmy, że Tom Hiddleston to chodzący erotyzm i chemię wyczułabym nawet między nim a książką telefoniczną. Wychodzi więc na to, że musiałam w motywacje bohatera wierzyć na słowo, a dopiero kolejne odcinki zarysowały mi Pine’a jako kobieciarza, który jest bardzo wrażliwy na wdzięki płci pięknej i chyba faktycznie ma jakiś kompleks bohatera. Szczególnie widać to było po tym jak wplątywał się w relację z Jeb, piękną kobietą Ropera, co przecież stanowiło ogromne ryzyko, a jednak go nie powstrzymało.


Bohaterem Pine jest bardzo niejednoznacznym. Działa dla większej idei, ale jednocześnie z prywatnych pobudek, przy czym właściwie nigdy nie mamy stuprocentowej pewności po czyjej jest akurat stronie, jakie ma plany i co naprawdę czuje. Kiedy agentka Angela Burr, która decyduje się zrobić z niego swoją wtykę u Ropera, ma wątpliwości czy Pine nadal dla niej pracuje, równie dobrze wątpliwości te mogą dzielić widzowie, mimo że wiedzą więcej od niej. Do końca jednak nie ma stuprocentowej pewności czy Pine pracuje dla angielskiego wywiadu, czy działa na dwa fronty, a może robi to, co w danej chwili najlepsze dla niego samego? Pod koniec serii twierdzi, że jest pusty w środku i nie ma nic do stracenia – trudno mu jednak do końca uwierzyć. W końcu silnie przeżył (a przynajmniej tak widzom wmawiali w pierwszym odcinku – ja jestem sceptyczna) śmierć Sophie, szybko zaczął angażować się emocjonalnie w romans z Jeb, na pewno więc zarówno do stracenia jak i do zyskania miał całkiem sporo. Po obejrzeniu serialu zdajemy sobie jednak sprawę z tego, że chociaż kibicowaliśmy mu przez cześć odcinków, to nie mamy pojęcia kim jest. Gdzie nabył wszystkie umiejętności, do czego je wcześniej stosował (może bez skrupułów zabić, więc może można go wziąć za Ropera na mniejszą skalę) i czy obywatelski obowiązek to wiarygodna motywacja dla jego działań? Jeśli nie, to czy zemsta nią jest?


Motywacje zarówno Ropera jak i Angeli Burr są z kolei zupełnie jasne. Roper to pewny siebie przedsiębiorca, może nie tyle uroczy i czarujący (jak Pine), a raczej charyzmatyczny, potrafi jednym słowem czy spojrzeniem pokazać ogrom swojej potęgi, a jego przenikliwość mogłaby stanąć w szranki z maszyną rentgenowską. Hugh Laurie stworzył tu bezwzględną postać, która w jednej chwili rozmawia z ukochanym synkiem, by w następnej bez mrugnięcia okiem brutalnie zgładzić kogoś, kto mu podpadł. Nie wspominając już o tym całym biznesie z bronią mniej lub bardziej masowego rażenia. O ile jednak, tak jak w przypadku wspaniałego Toma Hiddlestona, do gry aktorskiej nie mam najmniejszych zastrzeżeń, a postać wykreowana jest w naprawdę ciekawy sposób, z panem Roperem też mam pewien problem. Jak to możliwe, że tak długo nie przejrzał Pine’a? To na nowego powinny paść pierwsze podejrzenia, to jemu powinien zostać doczepiony ogon, skoro już został mianowany na najbliższego współpracownika Ropera i tak wiele od niego zależało. Nie układał mi się też sam fakt tego, że Pine został na wstępie obdarzony takim zaufaniem, a skoro od początku było wiadomo, że były recepcjonista jest niezłym spryciarzem, to należało mieć się na baczności. Czy zawiodła zbytnia pewność siebie Ropera, czy tak bardzo ujął go fakt, że Pine najpierw uratował życie, a potem zaczął świetnie się dogadywać z synkiem Ropera, a może jednak zabrakło kilku minut czasu antenowego na to, by przedstawić więcej wiarygodnych powodów?


Angela Burr, natomiast, jest moją absolutną faworytką i nie mam do niej najmniejszych zastrzeżeń. Zrobienie z agenta nadzorującego tajne operacje ciężarnej kobiety było moim zdaniem wspaniałym posunięciem. Bohaterka zyskała na realizmie dzięki temu, że nie była kolejnym poważnym facetem za biurkiem, a kobietą z misją, osobą głęboko i emocjonalnie zaangażowaną w sprawę. To ze względu na nią kibicowałam Pine’owi, bo on był ostatnią szansą Angeli na ukaranie Ropera za handlowanie bronią, której użycie powoduje tragiczne skutki – jak masowa śmierć dzieci, którą Burr widziała na własne oczy i od tej pory nie może wyrzucić tego obrazu z głowy. To, że sama ma być matką, dodatkowo uwiarygadnia jej motywację, która poruszyła mnie o wiele bardziej niż jakakolwiek motywacja Pine’a. To Burr była głową operacji, ona zajmowała się trudną i żmudną papierkową robotą, w szarym i nudnym biurze w Londynie. Ale to dzięki niej mogło w ogóle dojść do jakichkolwiek prób zdemaskowania Ropera. Nie zrozumiałam wszystkich rozmów, które odbywały się w londyńskich biurach – padało wiele nazwisk i zagmatwanych sytuacji, jednak te sceny, a także fragmenty pokazujące ile to wszystko Angelę kosztuje, umieszczały całą intrygę w szerszej perspektywie, pokazując przy tym, że tajne operacje to nie tylko pluskwy, pościgi i wybuchy, oglądane z dala przez profesjonalną ekipę w nowoczesnym gabinecie. To też ludzie, których bez większego zainteresowania minęlibyśmy w lokalnym warzywniaku, którzy mają prywatne życie i czasem muszą działać na żywioł, idąc za głosem serca czy podszeptem intuicji. Ludzie, którzy też muszą się użerać z urzędnikami, też nie są pewni wyników swoich działań i muszą zaryzykować. I choć na szali jest wiele, to nie muszą być takimi imponującymi jednostkami jak Pine czy Roper, by udźwignąć sprawę.


Skoro o kobietach mowa, to wspomnę o Jed, z którą związana jest na swój sposób zabawna refleksja. Ta posągowa piękność, która co chwilę zachwycała kolejnym przepięknym strojem i idealną sylwetką, w pierwszej chwili wpadła w moim odczuciu do przegródki „przeseksualizowany obiekt męskich fantazji”, co w dużej mierze było spowodowane moją frustracją postacią Sophii (przesadnie uwodzicielska kobieta, mało wiarygodna jako dama w opresji, w której każdy zakochuje się na zawołanie). Kiedy więc Jed w pierwszym odcinku zrzuciła przy licznym towarzystwie ubrania, a potem w wannie ponętnie wymachiwała nogą w stronę Pine’a, z góry się najeżyłam, obawiając kolejnej przerysowanej postaci. Na szczęście jednak w drugim odcinku twórcy postanowili pokazać ludzką twarz Jed (przyznaję, że byłam w szoku jak gwałtownie i nagle ją polubiłam – drugi odcinek ogólnie był zwrotem o 180 stopni i nagle serial spodobał mi się dziesięć razy bardziej). Kiedy jednak Jed zyskała moją sympatię zaraz wróciła początkowa frustracja, bowiem okazało się, że nie jest przesadnie rozgarnięta (pod nosem Ropera rzucając powłóczyste spojrzenia Pine’owi) a do tego zarażając tym brakiem rozgarnięcia Pine’a (który pod nosem Ropera rzucał powłóczyste spojrzenia Jed). Nie wiem jakim cudem udało im się z tym ujść na sucho tak długo, ani też dlaczego Corky lub Frisky – przyboczni Ropera – nie donieśli nic na ten temat. Wydaje się dziwne, że coś takiego umknęło uwadze tak uważnego przecież Ropera.  


Swoją drogą Corky, a Frisky trochę mniej, to też ciekawe postacie. U obu zachwyciło mnie to jak ich przezwiska idealnie oddają ich charaktery. Corky, zaufany człowiek Ropera, w pełni korzysta z życia, nie odmawiając sobie miłego towarzystwa i alkoholu, jest wszędzie obecny na chwilę nie da o sobie zapomnieć. Frisky jest z kolei tak „rozbrykany”, że świetnie wychodzi mu torturowanie kobiet na zlecenie. Jestem zadowolona z tych dwóch postaci, bo miały w sobie nieco więcej charakteru niż zwykle mają tacy towarzysze czarnego charakteru. Ale i czarny charakter był znacznie ciekawszy niż zwykle.

Muszę podkreślić, że mimo pewnych wątpliwości czy drobnych niedociągnięć, serial uważam za znakomity. Był nie tylko okazją dla Hiddlestone’a by zaprezentować się w nowym świetle (nadal gryzie mnie oglądanie go w roli mordercy, ale aktor powoli przełamuje ciążącą na nim klątwę „tego uroczego młodego człowieka”), ale po prostu wspaniałą rozrywką. Poczynając od drugiego odcinka na każdy kolejny czekałam z ogromną niecierpliwością, czując gdzieś w środku dreszczyk podniecenia. I nawet nie tyle interesowało mnie co dalej – serial nie jest usiany wrednymi cliffhangerami – ale po prostu byłam spragniona tej atmosfery, powolnego szkicowania relacji, przepięknych widoków, pracy kamery. Oczywiście nadal byłam zachwycona Hiddlestonem i Lauriem, ale bardzo szybko złapałam się na tym, że serialu nie oglądam już dla aktorów, a dla postaci, dla zadziwiająco niespiesznej akcji (i dla Angeli Burr). Co ciekawe, o ile pierwszy odcinek jeszcze nie wciągnął mnie w akcję, to kolejne wydały mi się dość równe. Nie doznałam nagłego poczucia przyspieszenia pod koniec serialu, kiedy trzeba było domknąć wątki i nie miałam takiego uczucia, jakie często towarzyszy mi przy tego typu produkcjach (kiedy to patrzę na zegarek i zastanawiam się jakim cudem twórcy serialu upchnęli wszystkie zakończenia w tych kilku czy kilkunastu minutach, które zostały do końca). Wrażenia – jak najbardziej pozytywne.


Spodobała mi się idea (mini)serialu sześcioodcinkowego. Trzy to często mało, przy dwunastu z kolei zwykle pojawia się zbyt wiele wątków-dygresji, które nie wnoszą nic istotnego i nie zostają właściwie domknięte. „The Night Manager” opowiedział historię sensacyjną, ale w stylu bardziej przypominającym obyczajówkę, w której wiele się dzieje. Dobrze, że postacie zostały zarysowane porządnie, ale ich tajemnic nie obnażono całkowicie, zostawiając wiele wyobraźni. Dzięki temu serial usatysfakcjonował mnie i zaspokoił, ale nie zostawił z uczuciem przesytu. Czyli osiągnął dokładnie to, czego oczekuję od intrygującego filmu.



Granie w gry zwykle traktuję jak oglądanie filmu czy czytanie książki – nie zależy mi na sprawdzaniu własnej zręczności i zwykle nie odczuwam potrzeby żeby spędzać długie godziny, głowiąc się nad zagadkami – ale bardzo cenię sobie wciągającą historię, intrygujące pomysły i artystyczne grafiki.  Kiedy zobaczyłam na Steamie grę Shelter 2 (z ładniejszą grafiką niż w pierwszej wersji) wiedziałam od razu, że to coś dla mnie.

Shelter 2 to piękne, spokojne i symboliczno-realistyczne spotkanie z przyrodą. Gracz wciela się w samicę rysia, która na początku gry spodziewa się młodych i musi odnaleźć bezpieczne schronienie, które mogłaby potraktować jako dom dla kociaków. Pomagają jej w tym podszepty gwiazd, które prowadzą ją w odpowiednie miejsce. W jednej chwili można dostać ataku serca, kiedy ucieka się przed drapieżnikami, a zaraz potem mowę odejmują niezwykłe widoki dzikiej głuszy, z gwiezdnymi konstelacjami rozpościerającymi się na niebie. Gra naprzemiennie oszałamia swoim prostym pięknem i daje poczuć bezradność zwierzęcia, które zdane jest tylko na siebie, a musi utrzymać przy życiu cały miot kociąt. Nie jest to wcale łatwe, bo gryzonie są szybkie i zwrotne, łatwo w pogoni wpaść na drzewo i zgubić trop, a bogata w przeróżne tekstury grafika sprawia, że zwierzęta naprawdę znikają w otoczeniu. Gdyby nie zmysł węchu, często wypatrzenie brązowego gryzonia w gąszczu ciemnych traw, czy białego zająca w śniegu zimą, byłoby niezwykle trudne, bo wszechobecne wzory świetnie odgrywają rolę prawdziwego kamuflażu.


Co według mnie najciekawsze, grając w tę grę czułam się – jak mi się wydaje – podobnie do prawdziwej rysiej mamy. Nie wzruszałam się uroczymi kociakami tak, jak to mają w zwyczaju ludzie, nie irytowałam gdy coś mi nie wyszło – po prostu robiłam swoje, nie poddając się i wiedząc, że ode mnie zależą losy kilku istot. Tylko tyle i aż tyle. Bardzo często nawoływałam młode, by nie tracić ich z oczu, a kiedy któreś znikało zupełnie nagle, porwane przez drapieżnika, bądź przemęczone z głodu (polować trzeba naprawdę dużo) – nie czułam rozpaczy. Czułam pustkę i zagubienie, nie wiedząc co właściwie się stało, gdzie szukać młodych i gdzie się podziały małe rysie, czemu nie odpowiadają na wołanie. Bo wystarczy chwila nieuwagi i koniec. A nie można się roztkliwiać, bo liczy na nas jeszcze reszta miotu.

Wzruszyła mnie ta szczególna matczyna troska, wolna eksploracja świata i trudne chwile, jak wtedy, gdy młode odchodzi za wcześnie lub dokładnie wtedy, kiedy przychodzi na to odpowiednia chwila. Zakończenie gry wynagradza jednak wszystkie smutki i żale – jest subtelne i piękne, a towarzyszy mu nastrojowa muzyka (cały soundtrack gry ma niezwykły, relaksujący klimat, przez co gra świetnie sprawdza się jako sposób na wieczorne odprężenie).


Jedno przejście gry zajmuje około półtorej godziny, jednak można swoich sił próbować dalej, przewodząc kolejnym pokoleniom, bądź sprawdzając swoich sił na trudniejszym poziomie „survival”. Jeśli jesteście odporni psychicznie, to od razu polecam dodatek Shelter 2 Mountains, w której dostajemy więcej terenu do eksplorowania, przepiękne zorze polarne, ale też więcej drapieżników, które mogą stać się nie tylko naszym łupem, ale i groźnym myśliwym.

Bardzo polecam wam Shelter 2; to prawie jak oglądanie Animal Planet, a czasem nawet i lepiej.

Follow my blog with Bloglovin

„Pokój” to bez dwóch zdań najlepszy film, na jakim byłam w tym roku w kinie; został też nakręcony na podstawie jednej z najciekawszych książek, jakie czytałam w ostatnich latach, autorstwa Irlandki Emmy Donoghue. Powieść „Pokój” została nominowana do nagrody Bookera – tak na nią trafiłam – i była w ścisłej czołówce faworytów. Moim zdaniem na pewno zasłużyła przynajmniej na takie wyróżnienie, bo nie tylko poruszyła mnie emocjonalnie i przedstawiła niezwykle trudną i ciekawą historię, ale przede wszystkim zostawiła mnie z wieloma przemyśleniami na temat kultury i społeczeństwa, choć całą opowieść poznajemy z punktu widzenia dziecka, które samo nic z tego nie rozumie – tym bardziej zachwyca fakt, że mimo wszystko możemy zrozumieć my, czytelnicy.

Donoghue opisała historię młodej kobiety, która jako nastolatka została porwana przez nieznajomego mężczyznę i ostatnie siedem lat spędziła uwięziona w pokoju-szopie, z czego pięć lat wychowywała synka spłodzonego przez porywacza. Jack, którego oczami poznajemy świat tego malutkiego więzienia, nie rozumie tragedii swojego położenia, nie zdaje sobie sprawy z tego, że poza Pokojem coś jeszcze jest. Matka przedstawiła mu świat w taki sposób, żeby wszystko, co widać w telewizji wydawało się fikcją a to, że porywacz – Stary Nick – regularnie przynosi im podstawowe produkty – na wpół magią. Stary Nick zresztą nigdy Jacka nie widział – matka chłopca wywalczyła ten jeden warunek swojej niewoli, próbując chronić dziecko, które momenty wieczornych i nocnych odwiedzin przeczekuje zamknięte w szafie. Jack jednak rośnie coraz bardziej, naturalnie staje się bardziej ciekawski i wymagający, i nie zawsze łatwo go opanować. Jego matka – Joy – wymyśla więc ryzykowny sposób na wyrwanie się z rąk porywacza, ale będzie to wymagało współpracy syna, który niekoniecznie jest na to gotowy.


Wydaje się, że obserwowanie horroru, jaki spotkał przypadkową dziewczynę, to najgorszy możliwy wariant, jednak – co uważałam za najlepsze w powieści i tak samo spodobało mi się w filmie – okazuje się, że sprawa sięga o wiele głębiej. Bo jeśli nawet uda się uciec – co wydaje się szczęśliwym zakończeniem – to jak po tylu latach wrócić do społeczeństwa, jak spojrzeć w oczy ludziom, którzy zapamiętali cię w zupełnie inny sposób, jak wytrzymać ich współczujące i nierozumiejące spojrzenia? A przede wszystkim – jak miałby się w tym wszystkim odnaleźć mały Jack, który nigdy nie wiedział, co tracił? Skąd wziąć siłę i cierpliwość, jeśli już nie jest się na skraju wytrzymania i nie walczy się o życie? Te wszystkie pytania film stawia w bardzo subtelny sposób (choć – ze względu na różnice między środkami przekazu – nieco mniej subtelny niż w powieści) ponieważ wszystko zostaje przefiltrowane przez nieświadome wielu rzeczy oczy Jacka. Problemy nie są przedstawione łopatologicznie ani w sposób zbyt przerysowany czy brutalny, a jednak – będąc dorosłymi ludźmi – rozumiemy.


Jeśli miałabym porównać film i książkę, to porównanie wypadłoby nadzwyczaj korzystnie dla obu stron. Niczego innego się nie spodziewałam odkąd tylko dowiedziałam się, że to autorka powieści we własnej osobie jest odpowiedzialna za scenariusz. Doskonale wyczuła na które fragmenty powinna w filmie położyć nacisk, a które da się wyciąć w taki sposób, by nie stracić za wiele przekazu. Kilka scen, które w książce ukazywały bezduszne żerowanie mediów na ludzkiej tragedii (czy to w postaci talk show czy przeintelektualizowanych rozmów na kanale kulturalnym) w filmie skondensowano w jednej, mocnej scenie, do której już właściwie nie trzeba było nic dodawać. Bardzo dobrze zostały też zobrazowane momenty ujawniające różnego rodzaju konstrukty społeczne, z których w życiu codziennym nie zdajemy sobie sprawy, a po rozłożeniu na czynniki pierwsze okazuje się, że wcale nie mają zbyt wiele sensu. Szczególnie w powieści pojawiły się fragmenty opisujące niezrozumiałe dla Jacka przeświadczenie otoczenia, że powinien się zachowywać w taki czy inny sposób, lubić to czy tamto. Bo niby dlaczego różowy jest kolorem dla dziewczynek, niby dlaczego to chłopcy mają się dzielić z dziewczynkami albo starsi z młodszymi? Jack zadaje rozbrajające pytania, które są tak naprawdę pytaniami bardzo ważnymi, pokazującymi jak wszystko to, co nas otacza nie jest w rzeczywistości tak logiczne i naturalne, za jakie się je uważa. Jego brak zrozumienia dla naszej szarej codzienności to to, co najbardziej zachwyciło mnie w powieści i sprawiło, że myślę o Emmie Donoghue z ogromnym podziwem dla jej przenikliwości. Przede wszystkim zaś jestem wdzięczna za to, że miałam wrażenie jakbym do wszystkiego dochodziła sama, bez nachalnego amerykańskiego ding, ding, ding, it’s profound!  


Brie Larson dostała za rolę w filmie Oscara. Jak najbardziej jej się należał – dawno nie widziałam tak zmęczonego aktora, Leonardo ze swoją „Zjawą” może się schować. Bardzo dobrze uchwyciła emocje targające bohaterką, wszystkie frustracje, żale i blokady spowodowane wieloletnim uwięzieniem. A przy tym instynkt macierzyński w tym najtrudniejszym wydaniu, kiedy chce się dla dziecka jak najlepiej, ale najlepiej się nie da. Bardzo spodobała mi się także rodzina Joy, a szczególnie Joan Allen, grająca jej matkę. William H. Macy nie do końca wykorzystał potencjał, jaki tkwił w jednej ze scen, ale jako zagubiony ojciec również wypadł wiarygodnie (bardzo pozytywnym zaskoczeniem była dla mnie rola Toma McCamusa, który wprowadził do filmu odrobinę tak potrzebnego ciepła). Najbardziej jednak jestem zachwycona małym Jackiem, czyli grającym go Jacobem Tremblay’em. To zdecydowanie jedna z najlepszych dziecięcych ról jakie widziałam – ten dzieciak ma ogromny talent i zachowuje się tak naturalnie jak mało który dorosły aktor. Całkowicie mnie kupił i im gorzej coś przeżywał tym bardziej z całego serca mu współczułam i rozumiałam, nie czując śladu irytacji – po prostu widziałam człowieka w człowieku.


Podobno książką już dawno zainteresował się Hollywood, ale reżyser – Irlandczyk Lenny Abrahamson – pierwszy odezwał się do Emmy Donoghue, opowiadając jej swoją wizję ekranizacji; chciał bowiem uchronić tak dobrą historię przed spłyceniem. Takich ludzi nam trzeba! – chciałoby się zakrzyknąć, bo dokładnie to mu się udało. Jestem zachwycona „Pokojem”, bo nawet wiedząc dokładne czego się spodziewać bardzo się wzruszyłam i przeżywałam wszystkie trudy bohaterów równie silnie jak chyba wszyscy na sali kinowej. Bardzo gorąco polecam wszystkim ten film (i książkę!), uzbrójcie się tylko w mocne nerwy i ewentualnie pudełko chusteczek, a na pewno nie pożałujecie decyzji.  
Obsługiwane przez usługę Blogger.