Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

Dziś recenzja nietypowa, bo napiszę o książce w odniesieniu do jej filmowej adaptacji, czy raczej potencjalnych problemów z adaptacją, które dostrzegłam już w trakcie lektury, jeszcze nie obejrzawszy filmu (polska premiera ósmego kwietnia). „High-Rise” Ballarda to jedna z książek z kilometrowej się listy „do przeczytania”, którą ułożyłam w trakcie studiów. Miałam szczęście do wykładowców bardzo entuzjastycznie nastawionych do swojej pracy, którzy nawet nie musieli się specjalnie wysilać żeby przekonać mnie do danej nadprogramowej lektury – wystarczało kilka zdań opisu i ten błysk w oku. Zdarzały się jednak rekomendacje szczególne, którym towarzyszyło podskakiwanie w ekscytacji albo małe pantomimy, na przykład „jestem Jamesem Bondem i zaraz zacznę strzelać”. „High-Rise” został mi zarekomendowany właśnie w taki, zapadający w pamięć, sposób, przez co uplasował się na szczycie mojej listy, choć nie było łatwo tę książkę odnaleźć i dopiero zbliżająca się ekranizacja mi to ułatwiła. Przeczytałam więc, jestem gotowa na film i można by powiedzieć, że wszystko w porządku, ale już mam podejrzenia, że nie będzie tak do końca, bo obejrzę film jedynie luźno inspirowany książką, a to duże marnotrawstwo. Oto dowody:




1. Ta powieść nie ma duszy – czy film umie to odzwierciedlić?

Nie w negatywnym sensie. Ballard w dzieciństwie mieszkał w Szanghaju, narażony na niebezpieczeństwa wojny chińsko-japońskiej w 1937 roku. W młodym wieku, po ataku na Pearl Harbor, spędził aż trzy lata w obozie dla internowanych, gdzie napatrzył się na przemoc i częste brutalne pobicia, a jednocześnie jak mógł korzystał z beztroski związanej z bycia dzieckiem. Jak sam mówił, te wydarzenia odbiły się na jego psychice i sposobie myślenia i to bardzo widać w jego twórczości.  W czasie wojny, w ekstremalnych warunkach, bardzo często zanikają ludzkie odruchy. Ludzie czasem działają automatycznie, dopuszczają do głosu prymitywne instynkty i dbają o zaspokajanie najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych, jednocześnie wyłączając w głowie pstryczek odpowiadający za instynkt przetrwania – inaczej strach o własne życie sparaliżowałby ich. Wkrada się chaos i nic nie jest pewne. Ten mechanizm zaobserwował Ballard i wyraźnie go to zafascynowało. Pisarz interesował się psychiatrią i psychoanalizą, a kiedy ostatecznie zajął się tworzeniem fikcji literackiej te zainteresowania nadal mu towarzyszyły.

„High-Rise” jest trudną książką. Napisaną niezbyt przystępnym językiem, z beznamiętnymi postaciami. Jest w niej dużo relacji międzyludzkich i dużo erotyki, ale nie ma w ogóle uczuć. Wszystko dzieje się jakoś „poza”, tak jak nie zależy od naszej decyzji to, że oddychamy, czy umieramy ze starości – tak po prostu jest, taka kolej rzeczy. W wieżowcu właśnie pojawia się taki bliżej niezidentyfikowany impuls, coś zaczyna się dziać – wszystkim jest za dobrze, mają zaspokajane wszelkie potrzeby i nawet nie muszą wychodzić poza teren budynku, bo mieści się w nim wszystko od supermarketu, przez basen, aż po szkołę. Tego dobrego gromadzi się już za wiele i kiedy jest za dobrze w końcu muszą zacząć tworzyć się jakieś napięcia – i tak od drobnej szczeliny dochodzimy do całkowitej przepaści, nad którą stają bohaterowie i z rozmysłem w nią skaczą. Od drobiazgu do katastrofy – ład i porządek znikają z rzeczywistości w wieżowcu i bohaterowie zaczynają ulegać tym samym mechanizmom, którym ulegają żołnierze na wojnie. Życie i wyższe wartości tracą na znaczeniu, najważniejsze jest osiągnięcie celu. Jednym z nich, dla trójki głównych bohaterów, jest zdobycie pozycji samca alfa oraz panowania nad najwyższym piętrem budynku – niezależnie od poniesionych kosztów. Czemu to wszystko służy? Ależ absolutnie niczemu, to czysta fizjologia i podskórny instynkt, któremu mieszkańcy wieżowca się poddają. Z czasem zaczynają coraz bardziej przypominać zwierzęta – w najlepszym razie – częściej bezduszne manekiny. Nikt nie wzbudza sympatii; z przerażeniem i niesmakiem oglądamy tę degenerację, zafascynowani jedynie tym jak daleko można się posunąć i popaść w zupełną abnegację.

Jaki problem widzę z ekranizacją? Oglądam zwiastun i widzę zwykły film. Prześliczny wizualnie, spektakularny wręcz, ale bez tego strasznego zaduchu, który towarzyszył mi podczas lektury. Gdyby Giorgos Lanthimos, reżyser filmu z mojej poprzedniej recenzji (KLIK) zabrał się za tę adaptację to może, może wyszłoby z tego coś zbliżonego do oryginału; coś, na co patrzy się z uczuciem niewygody i przestrachem. Ale nie, ta książka po prostu nie jest za bardzo filmowa, należałoby stworzyć atmosferę napięcia bez słów – poruszającym obrazem rozkładu i zgnilizny (w przenośni i dosłownie), a tymczasem dostaniemy pięknego Toma Hiddlestona trochę popaćkanego farbą, ale w dobrej formie i o zdrowej cerze. Film i książka to będą dwa zupełnie osobne dzieła.




2. Tom Hiddleston is the bad guy. Or is he?

To już nie jest zarzut ani wobec książki ani filmu, a bardziej coś, czego się nie spodziewałam, nie umiem sobie wyobrazić i jestem tego bardzo ciekawa. Mianowicie czy Tom Hiddleston może zagrać postać, której nie lubimy i jej nie kibicujemy? To tak czarujący, sympatyczny i charyzmatyczny aktor, że (z całym zaufaniem do jego talentu aktorskiego) nie umiem sobie wyobrazić jak mam oglądać go na ekranie i nie darzyć żadnym afektem, patrzeć chłodno jak wykorzystuje i krzywdzi ludzi dookoła siebie, o sobie samym nie wspominając. Odpowiedź jest pewnie prosta – film to wszystko ugładzi i dostaniemy zupełnie inną postać, do której będzie można się przywiązać. Trochę się cieszę, a trochę jest mi przykro, bo chciałabym zobaczyć tego aktora w nowej odsłonie, a na razie – skubaniec – zawsze dawał się lubić. Ciekawa jestem (a na to wskazuje i zwiastun i plakaty) czy Hiddleston jako Robert Laing będzie grał główną rolę. W książce jest trzech równorzędnych bohaterów (to ciekawe, że bohaterki – choć równie silne, sprytne i gotowe na wszystko jak mężczyźni – są zepchnięte na drugi plan), ale zarówno Jeremy’ego Ironsa (który gra architekta Wieżowca, Anthony’ego Royala) jak i Luke’a Evansa (szalony dokumentalista Richard Wilder) trudno się w zwiastunie dopatrzeć.

3. Zimno, zimno

Ballard pisał bardzo oszczędnym stylem. Narracja jest chłodna, język wyrazisty, ale przy tym oszczędny w przybliżaniu emocji. Nie wchodzimy w umysły bohaterów, nie wiemy do końca co nimi kieruje, a jedynie przyglądamy się im z rezerwą. To ciekawy zabieg, który w efekcie sprawia, że przygoda z powieścią przypomina wycieczkę po muzeum – możemy obejrzeć sobie eksponaty, ale nie dowiemy się o nich więcej niż powie nam ich wygląd i tabliczka z rzeczowym opisem. Czy w filmie dostaniemy podobną oszczędność? Prawdopodobnie nie – co nie musi być wadą – ponieważ już w zwiastunie wita nas narracja prowadzona przez głównego bohatera, Roberta Lainga. Laing rozmyśla, dzieli się refleksjami, wciąga w swój świat i oprowadza nas po nim z własnej perspektywy. Efekt zupełnie odwrotny do tego z powieści.





4. Książka z ratingiem od 18 lat, a film dla kogo?

Czytałam dużo dziwnych książek, których fabułę było aż przykro sobie wyobrażać. „Fabryka os” Banksa, „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood, czy „Zombie” Joyce Carol Oates – wszystkie powodowały, że włos się jeżył na głowie kiedy przychodziło do wyobrażenia sobie tych psychopatyczno-erotycznych światów, a „High-Rise” z całym przekonaniem dopisuję właśnie do tej grupy powieści – których wizualizację w głowie można jakoś przetrawić, ale zobaczenie tego na żywo (a pośrednio i zobaczenie na ekranie) to dla niejednego mogłoby być za wiele. Dlatego takie powieści rzadko są ekranizowane, a jeśli są to w ugładzonej formie. Filmy nie bojące się prawdziwej brutalności i nie uciekające się do takich zabiegów jak zaciemnianie ekranu w stosownym momencie czy najazd na jakiś niepozorny szczegół, by oszczędzić widzowi dosadnych scen, to produkcje niszowe i nie cieszące się popularnością – taki na przykład „Header” Flancrastina, opowiadający o bardzo perwersyjnych gwałcicielach, w czasie projekcji wykurzył z sali połowę widowni, bo nie dawało się na to patrzeć. „High-Rise” mógłby tak samo kontrowersyjnie zniechęcać widzów do oglądania, ale wtedy kto by poszedł do kina?

W dekadenckim wieżowcu ludzie – pławiący się w luksusach – w pewnym momencie zbiorowo zaczynają czuć, że już dość. Następuje rozłam na piętra niższe i wyższe i od tej pory już nie ma reguł. Kiedy dochodzi do pierwszego odcięcia prądu, to już od początku mamy duże straty – śmierć, zniszczenia, napastowanie kobiet w windach. Nikt się tym nie przejmuje. A im staje się gorzej, tym skuteczniej wszyscy udają, że tak musi być, że to naturalne gwałcić, zabijać, niszczyć, defekować na widoku. Nawet instynkt przetrwania nie jest już na tyle silny aby opuścić budynek w celu uzupełnienia zapasów żywności. Wszyscy ulegają jakimś pierwotnym instynktom, zachowują się jak prymitywne koczownicze ludy podczas wojny między kilkoma plemionami, w której to wojnie stawką nie jest wygrana sama w sobie i zdobycie własnego terytorium, a bardziej dokonanie po drodze tylu zniszczeń ile się da, całkowite odcięcie od człowieczeństwa, pofolgowanie tym odruchom, które nie mają akceptacji w normalnym społeczeństwie. Po pewnym czasie bohaterowie sami nie wiedzą już do czego dążą.

Nie przypominam sobie zetknięcia z podobnym światem, w którym nie ma ani promyczka nadziei. To ten totalny brud i odpuszczenie wszelkich hamulców czyni „High-Rise” „High-Risem” i bez tych elementów (a, umówmy się, z ratingiem 14-15 lat w filmie ich nie będzie) to już nie będzie ekranizacja, a luźna adaptacja. Nie to.




Co ostatecznie chcę przekazać to to, że książka Ballarda ma niezwykły klimat (nie mroczny, ale mówi o mrocznych cechach ludzi), jest trudna i bardzo pełna przemocy. Nie jest nawet przejmująca, tylko tak po brytyjsku zdystansowana. Gdyby była filmem, nie nalepiono by na niej wielkiego czerwonego kwadracika, bo w ogóle nie trafiłby do  powszechnej dystrybucji; książki jednak nie mają ograniczeń wiekowych i można w nich czytać o bezsensownym mordowaniu, niszczeniu, gwałtach i wymysłach ludzi, którzy postradali zmysły, bo nie kontrolowały ich żadne ograniczenia. To wszystko jest rzecz jasna przejaskrawione, ale daje do myślenia na temat tego jak niewiele dzieli nas od tego by porzucić wszelkie społeczne ustalenia i dopuścić do głosu jedynie instynkt. Po części opowiedział nam o tym film „Dzikie historie” Damiána Szifróna. Czy ekranizacja „High-Rise” dokończy opowieść – okaże się w kwietniu. A tymczasem bardzo polecam lekturę, bo choć trudna, to niezwykle ciekawa.

Kiedy człowieka łapie chandra, a nie ma pod ręką kota, do którego mógłby się przytulić, jest jeszcze inna możliwość – można sięgnąć po koci komiks. „Sugar”, tytułowy bohater komiksu Belga Serge’a Baekena, wpatruje się w nas żółtymi ślepiami ze ślicznej fioletowej okładki, przywodzącej na myśl słynny dziewiętnastowieczny plakat kabaretu Le Chat Noir. Sugar jest tak samo tajemniczy i przypomina nietoperza, przez co imię zupełnie mu nie pasuje, ale takie niepasujące imiona często okazują się najlepsze.

Co więc czeka nas po otwarciu komiksu? Przede wszystkim prześliczna oprawa wizualna. Cała książka, w grubej okładce, z wyklejką w koty i dobrym jakościowo papierem sprawia, że po prostu miło jest trzymać ją w rękach. Największe wrażenie jednak robi, oczywiście, sam komiks. Opowieść, zawierająca mini historyjki, została podzielona na trzy główne części: wprowadzającą, opowiadającą o Sugarze oraz miniaturową historię w historii. W pierwszej części, najkrótszej – a jednocześnie chyba najbardziej poruszającej – poznajemy historię dwóch z kilku poprzednich kotów właścicieli, Serge’a i jego żony Anny: łaciatego Tima, który wydawał się umieć mówić, oraz malutkiego Jeffa, przedwcześnie zabranego od matki. Oba koty, jak można się domyślić, spotyka marny los, przez co sami również czujemy pustkę w sercu i obawiamy o następne koty, być może też nie witamy Sugara – bohatera reszty komiksu – z takim entuzjazmem, na jaki zasłużył. Tym większe wrażenie robią fragmenty pokazujące jak kot powoli daje się oswoić, staje się pełnoprawnym członkiem rodziny i rozwija swój własny charakter. Dzięki tej początkowej rezerwie kiedy już przywiązujemy się do tego zwierzaka z uszami nietoperza, przywiązujemy się w pełni.

To niesamowite jak na przestrzeni około osiemdziesięciu stron autorowi udało się ukazać historię jednocześnie prostą i dla wielu ludzi zupełnie zwyczajną, a jednocześnie poruszyć i zaangażować czytelnika w taki sposób, żeby po prostu chciał z bohaterami obcować. Bo w „Sugar” nie chodzi o to, co będzie dalej. Tam wszystko dzieje się tu i teraz, a czas płynie leniwie jak wtedy, gdy kot wygrzewa się na słońcu, by zaraz potem na moment ruszyć z miejsca z prędkością błyskawicy, kiedy przez pokój przelatuje piłeczka, za którą trzeba ruszyć w pościg.

Każda strona komiksu podzielona jest na 24 boksy, z których niektóre łączą się w większe obrazki, dzięki czemu sceny ruchu są naprawdę dynamiczne, a czytelnik jest poprowadzony przez historię w taki sposób, że czuje upływ czasu, wagę pewnych wydarzeń, i ma szansę zaangażować się emocjonalnie, ponieważ ten komiks przeżywa się trochę tak jak film – z ciekawym kadrowaniem i montażem. Jest niezwykle dynamiczny kiedy trzeba, a kiedy indziej spokojnie i wnikliwie ilustruje intymne detale i przeżycia. W pewnym momencie komiks zmienia się – przyjmuje formę książki w książce. Opowieść przedstawiona w tym fragmencie jest podsumowaniem całego życia Sugara w rodzinie Serge’a i Anny i jest zarysowana przy pomocy krótkich, prostych rymów. To całkiem uroczy pomysł, choć już nie robi takiego wrażenia jak reszta „Sugara”, bo przyjmuje trochę lżejszy ton. To posunięcie nabiera jednak więcej sensu po skończeniu lektury i kiedy dodatkowo zdajemy sobie sprawę z tego jak długo autor nie kończył procesu twórczego – komiks przez długi czas był jedynie kilkoma luźnymi kartkami, które dopiero po latach w szufladzie i w skutek kontaktu z francuskim wydawnictwem, zaczęły przyjmować ostateczny kształt.



Baeken nie przedstawia wszystkich cech, którymi charakteryzują się koty, nie jest to opowieść naturalistyczna i nie przypomina dokumentu typu „z kamerą wśród zwierząt”, ale też niczego nie ukrywa – nawet fragmentów przykrych i nieprzyjemnych. Pokazuje świetnie na czym takie kocie życie polega, w jaki sposób płynie i w sposób symboliczny uchwytuje to, co najważniejsze w kocim jestestwie. Przede wszystkim „Sugar” jest jednak hołdem dla wszystkich, również poprzednich, kotów właścicieli – Tima, Jeffa, Milki, Igora, Mayi, Pogo i Rikkiego – którym cała książka jest zadedykowana, i które nadal żyją w ich sercach i wspomnieniach. Narysowanie komiksu to jednocześnie przepiękny sposób na uhonorowanie ukochanych pupili, oraz sposób na poradzenie sobie z ich utratą. Sądzę, że samo przeczytanie i poświęcenie czasu na powolne obejrzenie grafik może przynieść czytelnikom ukojenie i pewnego rodzaju katharsis. Ja spędziłam z tą książką cudowny, spokojny wieczór i wam też polecam oderwać się na chwilę od uroczych filmików z kotkami, a zamiast tego poświęcić chwilę na spotkanie dostarczające kilku wzruszeń i, być może, materiału do refleksji. Polecam gorąco, nie tylko kociarzom, bo to po prostu dobry komiks, do którego się wraca.

Tytuł: Sugar: Koci żywot

Autor: Serge Baeken

Wydawnictwo: timof i cisi wspólnicy

Liczba stron: 80

Rok wydania: 2015

Recenzja miała być już dawno, ale… zapomniałam, że przeczytałam tę książkę. Może to wam dać jakieś wstępne pojęcie o tym, czy warto się za nią zabrać. Powieść „Z innej bajki” powstała wskutek współpracy bestsellerowej pisarki – Jodi Picault – z córką – Samanthą van Leer, która wpadła na pomysł opisania historii miłosnej między nastolatką a fikcyjną postacią z książki z biblioteki. Tak się bowiem często dzieje, a w nastoletnim wieku to już prawie obowiązkowo, że coś czytamy i oglądamy, aż nagle jakiś bohater wkrada się niepostrzeżenie (albo i z przytupem) do naszych serc i tam się urządza na stałe. A któż wydawałby się bardziej idealnym kandydatem na wymyślonego kochanka niż prawdziwy książę z bajki? (Recenzja zawiera drobne spoilery odnośnie do charakteru postaci)

O takim księciu marzy piętnastoletnia Delilah, outsiderka z rozbitej rodziny, która ma trochę problemów ze sobą i często ucieka przed nimi w świat wyobraźni. Pewnego dnia pożycza z biblioteki książkę, jedyny i autorski egzemplarz starej baśni dla dzieci, i zakochuje się. Nie tyle w samej historii, co w jej głównym bohaterze, czyta więc książkę od nowa i od nowa, aż do momentu, kiedy nawet jej matka zaczyna się niepokoić tą niezdrową fascynacją literaturą dziecięcą. Dziewczyna jednak nie ma zamiaru rozstać się z powieścią i nosi ją wszędzie ze sobą, aż któregoś dnia książę z ilustracji do niej przemawia. Książę Oliver mieszka w książce i za każdym razem, jak i inni bohaterowie, odgrywa dokładnie tę samą rolę, nie mogąc nic na to poradzić. Kiedy baśń nie jest czytana, jej bohaterowie mogą się rozejść i zająć własnymi sprawami, ale gdy tylko ktoś otworzy ją na dowolnej stronie – nie ma rady i wszyscy magicznie ściągani są na swoje miejsca. Nikomu to nie przeszkadza, poza Oliverem, który chce od życia czegoś więcej, a poza tym zakochuje się od pierwszego wejrzenia w dziewczynie, która ostatnio często czyta jego opowieść.

Nie mam więcej ilustracji do tej książki, więc niech towarzyszą nam zdjęcia innych książek.

Tu pojawia się pierwszy z szeregu problemów, jakie mam z tą książką. Przede wszystkim w tym nastolatkowym romansie w ogóle nie iskrzy. Delilah i Oliver są w sobie zakochani „bo tak”, zupełnie nic o sobie nie wiedzą, zachowują się kompletnie dziecinnie i tego ich rzekomego uczucia nie da się nawet wytłumaczyć hormonami i okresem dojrzewania, ponieważ ich zachowanie jest obdarte z jakiegokolwiek podniecenia. Nie ma motylków w brzuchu, nie ma maślanego wzroku, nie ma płonących policzków, ani natrętnych myśli. Oni po prostu postanawiają, że chcą ze sobą być przez resztę życia, rozmawiają, ale nie wiadomo o czym, i to ma nam, czytelnikom, wystarczyć. Mnie to absolutnie nie przekonało i miałam wrażenie, że czytam o ludziach, którzy odgrywają role zakochanych, a tymczasem myślami są gdzieś indziej, niczym niezbyt zaangażowani aktorzy na planie filmowym.

Przechodząc do postaci – Delilah jest osobą dość nijaką. Sympatyczna, trochę naiwna, niezbyt popularna, potrafi przyznać się do błędu – to chyba wszystkie cechy, jakimi została obdarzona. Picoult wyraźnie próbowała różnymi chwytami wzbudzić w nas sympatię do tej postaci, ale wyszło nieprzekonująco. Kiedy Mia z „Pamiętnika Księżniczki” robiła coś głupiego, stawała się obiektem kpin cheerleaderek, czy przynależała do kliki wykluczonych społecznie – wierzyliśmy w to na sto procent. Wpadki Delilah to niestety tylko słowa na papierze i nie zrobiły na mnie najmniejszego wrażenia. Zauważyłam, że przy tworzeniu tej postaci Picoult posiłkowała się wieloma stereotypami z literatury młodzieżowej, tak więc dziewczyna musiała obowiązkowo zostać zamknięta w szkolnej szafce, narazić się najpopularniejszej koleżance, wygłupić się na forum publicznym i przyjaźnić z najbardziej ekscentryczną dziewczyną w szkole. Przez to wszystko nie mogłam poczuć, że mam do czynienia z postacią z krwi i kości.


Jeszcze gorzej było z Oliverem. Książę ma zdecydowanie bardziej wyrazisty charakter i lepiej zarysowane aspiracje, ale jest po prostu nieznośny. W książce, w której mieszka, jest też (przeznaczona mu przez narratora baśni) księżniczka, która nie odróżnia fabuły od rzeczywistości i jest w Olivierze zakochana nawet kiedy powieści nikt nie czyta i bohaterowie nie muszą nic odgrywać. Czy Oliver uświadamia jej, że niestety, ale nie może odwzajemnić jej uczuć, bo oddał serce innej dziewczynie? Nie, radośnie „odbębnia obowiązek” całowania się z nią, co jest „wcale przyjemne”, albowiem nie chce „zranić jej uczuć”. I jest to przedstawione jako coś zupełnie normalnego. Wrr. Powiedzcie, jak ja mam kibicować takiej postaci?

Ogólnie fabuła, z próbami połączenia dwóch światów i historiami obu postaci, jest lekka, łatwa i dość przyjemna, choć byłoby zdecydowanie lepiej gdyby oszczędzono nam cukierkowości i dziecinnego tonu książki (po którym obstawiałabym, że Delilah powinna mieć nie więcej niż 10-12 lat). Irytowały mnie zbytnie uproszczenia, natłok stereotypów i postacie, których nie umiałam do końca polubić. Przez to skupiałam się na wyłapywaniu różnych niedorzeczności fabularnych, jak to, że matka Delilah uznała, że dziewczyna jest za stara na czytanie bajek i powinna z tym skończyć, w związku z czym zaraz zaczęły oglądać „Małą Syrenkę” Disney’a. Mimo tych wszystkich elementów, dostrzegłam w powieści i jaśniejsze strony. Może zachowanie Olivera nie jest wzorowe, ale poza tym wszyscy są raczej mili, spokojni i w narracji czuć urok grzecznej bajki dla dzieci, co jest w pewien sposób ujmujące - szczególnie jak dodać do tego ilustracje i malutkie grafiki, które pojawiają się co kilka stron. Zakończenie też jest wystarczająco ciekawe (a właściwie dopiero pod koniec poczułam, że mogłabym dowiedzieć się co będzie dalej), więc jeśli szukacie czegoś bardzo lekkiego na jeden wieczór i już zaczęliście czytać, to równie dobrze możecie skończyć. Nie nastawiajcie się jednak na fajerwerki.
W maju 2015 roku wydano kontynuację („Po drugiej stronie kartki”), za którą może kiedyś się zabiorę, na razie jednak patrzę na moją listę książek do przeczytania i widzę wiele znacznie bardziej intrygujących pozycji. 



Tytuł: „Z innej bajki”

Autorzy: Jodi Picoult i Samantha van Leer

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Liczba stron: 312

Całkiem niedawno przechodziłam przez pewną, jak ja to mówię, fazę książkową, kiedy to czytam pod rząd kilka książek o podobnej tematyce bądź w podobnym klimacie. Tym razem padło na Young Adult, i to takie zwyczajne, z życia wzięte powieści dla nastolatek. Kontakt z nimi okazał się bardzo oczyszczający, bo pozwolił mi skupić uwagę na sprawach, o których w pewnym wieku już się wiele nie myśli, bo niby ma się już te wszystkie rozterki za sobą. Bardzo miło jednak jest sobie o niektórych rzeczach przypomnieć, a inne, które nas ominęły, przeżyć przynajmniej za pośrednictwem fikcyjnych bohaterów. W dzisiejszej notce opiszę cztery książki, które można by znaleźć na tej samej półce w księgarni, chociaż jednak sporo je od siebie różni.


 Fangirl (Rainbow Rowell)
Niedawno wydana w Polsce powieść autorki przeuroczej „Eleanor i Park” (tak ładnie opisane pierwsze zauroczenie, że człowiek aż sam czuje motylki w brzuchu) to historia o tyle ciekawa, że z jej główną bohaterką można się bardzo łatwo utożsamić – to (stereo)typowy geek żyjący światem fikcyjnym i niepotrafiący wziąć losu we własne ręce. Cath jest uroczo nieporadna - choć stara się być odpowiedzialna - i ma dokładnie takie przedziwne dylematy jak większość nieśmiałych ludzi. Dlatego dużą satysfakcję sprawia obserwowanie jej powolnej i przemiany, bo jest postacią z krwi i kości - a jej ukochany może jeszcze bardziej. Zapewne w dużej mierze do mojego pozytywnego odbioru przyczynił się fakt, że Rowell jest mistrzynią opisywania malutkich detali, gestów, odczuć i głupich obaw, jakie przeżywamy zakochując się – to jest bowiem jednym z głównych wątków tej powieści (choć – jak w życiu – nie jednym). Autorka stwarza przy tym postacie, którym nie sposób nie kibicować, bo nawet mimo swoich wad są sympatyczni i ludzcy. Czasem aż za bardzo, o czym regularnie przypominało mi uczucie déjà vu z własnego życia, pojawiające się gdy czytałam niektóre kwestie bohaterów. O ile autorka nie wykradała nastolatkom pamiętników i nie podkładała im podsłuchów uważam, że świadczy to o dużej wrażliwości i świetnych zdolnościach obserwacyjnych, a to zawsze punktuje w książkach.


Morze spokoju (Katja Millay)
(z oryginalną okładką, bo jest ładniejsza)
Książkę odkryłam przypadkiem na goodreads.com i zupełnie nie byłam pewna czego się po niej spodziewać. Z jednej strony miała bardzo dobre i entuzjastyczne recenzje, z drugiej jej bohaterowie to para wyjątkowo nieszczęśliwych i poturbowanych przez los nastolatków, przez co trochę bałam się przesadnej dramy. Ta niepewność towarzyszyła mi podczas lektury może nawet do jednej trzeciej książki, kiedy jednak zaczęło stawać się jasne, że problemy głównych bohaterów to nie tylko nastolatkowa egzaltacja.

Nastya, główna bohaterka, nie mówi. Ubiera się w wyzywające, czarne ubrania, nie utrzymuje kontaktu z bliskimi, a każdej nocy biega tak długo, aż żołądek odmawia jej posłuszeństwa. Josh, po śmierci dziadka, został sam na świecie. Rodzina przyjaciela zaprasza go na niedzielne obiady, on jednak najlepiej czuje się sam w swoim garażu, zajmując się stolarką. Tych dwoje delikatnych, przejechanych przez życie, młodych ludzi może dać sobie to, czego nie mogą dostać od innych – zaufanie i brak bolesnych pytań. Pod koniec, im więcej dowiadywałam się o bohaterach (a kolejne tajemnice odkrywane są bardzo powoli i naprawdę polecam uzbroić się w cierpliwość) tym bardziej dojrzała stawała się w moich oczach powieść. Millay nie bała się zaserwować młodym czytelnikom kilku ciężkich prawd na temat życia, miłości czy funkcjonowania w związku. Nie ma tu głaskania po głowie i wmawiania, że wszystko będzie dobrze. Za to książka ma ode mnie ogromny plus, bo ileż można czytać cukierkowych historii, w których miłość leczy wszystkie rany jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może nie trzeba było aż tak ciężko doświadczać bohaterów, ale w końcu i gorsze rzeczy się zdarzają, więc byłam w stanie wszystko to zaakceptować i bardzo się cieszę, że natknęłam się na tę powieść w odpowiednim momencie.


Flipped (Wendelin Van Draanen) 
bo nie użyję okropnego tytułu „Dziewczyna i chłopak wszystko na opak”
To jedna z tych bardzo cukierkowych opowieści, o czym zaświadczyć może fakt, że pod koniec płakałam tęczą. Pomysł jest świetny, bo mamy tę samą historię przedstawioną z puntu widzenia dwojga bohaterów: Bryce spędza całe życie chowając się przed Juli, która go prześladuje, tylko potem okazuje się, że Juli ma własne, całkiem bogate życie wewnętrzne i nie spędza każdej chwili wzdychając do ukochanego. On wyobraża sobie niestworzone historie i robi przedziwne rzeczy, byle uniknąć z nią kontaktu, ona zajmuje się projektem naukowym i przesiadywaniem w koronie ulubionego drzewa. Kiedy Bryce w końcu dostrzega zalety koleżanki jest już jednak na tyle zaplątany w swoje paranoidalne zachowania, że w końcu ona zaczyna widzieć jego wady i tu zaczyna się problem.

Ta niezwykle ciepła opowieść o dojrzewaniu i o tym, że rzeczy nie zawsze są takimi, jakimi się zdają, jest niezwykle jasnym punktem na liście moich zeszłorocznych lektur. Ogromną zaletą książki jest to jak dużą uwagę autorka poświęciła postaciom drugoplanowym, ich charakterom i problemom. Rodzice nie są tylko od zapewniania głównym bohaterom domów i od pytania o postępy w szkole – mają realny wpływ na kształtowanie się charakteru swoich dzieci, na ich życiowe decyzje i obawy. Podczas konfliktu przy rodzinnym stole aż skrzy od napięcia i trudnych emocji, choć prawie nikt nic nie mówi. Te postacie żyją, mówią własnymi głosami i popełniają ludzkie błędy. To nie tylko opowieść o miłości, ale o wszystkim, z czym mierzą się ludzie.

W ramach ciekawostki dodam, że powstał film na podstawie tej książki; choć jeszcze go nie widziałam, wydaje się być bardzo wierną ekranizacją i jest przynajmniej tak samo uroczy jak pierwowzór.


My Life Next Door (Huntley Fitzpatrick)
Jeszcze nie przetłumaczona na polski, a powinna być. Panie i Panowie, oto książka o dojrzałych nastolatkach! Kiedy mają problem – rozmawiają ze sobą. Są odpowiedzialni, mają odpowiednio poustawiane priorytety i nie dają się ponieść buzującym hormonom. Takim związkom aż chce się kibicować.

Samantha jest bezproblemową córką idealnej pani senator, która przeżywa drugą młodość ze swoim doradcą i asystentem. Dziewczyna wykorzystuje rozproszoną uwagę matki i decyduje się nawiązać bliższą znajomość z chłopakiem z sąsiedztwa, którego liczna, nieuporządkowana, ale też bardzo ciepła rodzina jest przeciwieństwem wszystkiego, co Sam zna z własnego domu. Choć młodzi pochodzą z zupełnie innych światów, szybko się dogadują i kładą fundamenty pod naprawdę fajny związek, oparty na zaufaniu i szczerości. Z tym ostatnim Sam ma jednak o tyle problem, o ile trudno jej pogodzić dotychczasowy perfekcyjny świat ze światem chłopaka i rzeczywistość stawia na jej drodze kilka poważnych przeszkód kiedy dziewczyna uczy się metodą prób i błędów jak wpasować nowy element do układanki. Jeśli literatura młodzieżowa ma prezentować pozytywne wzorce, a przy tym poruszać i zapewniać świetną zabawę, to „My Life Next Door” jest idealnym przedstawicielem swojego gatunku. I ma bardzo fajne wątki poboczne (stąd i powstał spin-off, który mam na liście do przeczytania). Naprawdę polecam jeśli znudziły wam się wieczne fochy i wielokąty miłosne, jakie królują w YA.


Dziś będzie stosunkowo długi tekst o bardzo krótkiej książce, z którą jednak wiąże się kilka rzeczy, o których warto wspomnieć. Mam na myśli najnowszą – choć z 2014 roku – graficzną powieść autorstwa Neila Gaimana i Chrisa Riddella: The Sleeper and the Spindle.

Od dłuższego czasu panuje moda na retellingi baśni i znanych opowieści – widać to na pierwszy rzut oka w kinie, gdzie mieliśmy nowego, aktorskiego Kopciuszka, Czarownicę o Śpiącej Królewnie, a czekamy na Piękną i Bestię (z całą masą dobrej obsady, więc ja czekam szczególnie niecierpliwie). Mowa jest nawet o nowej Mulan, chociaż to jeszcze odległe plany. Jednak na filmach bynajmniej się nie kończy. Przerabianie znanych baśni i bazowanie na zasadach, które nimi kierują – bądź odwracanie ich – to od dawna bardzo popularny motyw w powieściach. Niektóre z nich czerpią z baśniowości, opowiadając przy tym zupełnie nowe historie. Dobrym przykładem jest fenomenalna Narzeczona dla księcia Williama Goldmana, opowiedziana jako odtworzenie najlepszych fragmentów książki rzekomo czytanej autorowi przez ojca. Znajdziecie w niej wszystko, od komedii i mnóstwa klisz po wzruszenia i ciekawe rozwiązania. Gdzieś pomiędzy znajduje się lekko już przykurzona, ale nadal dość popularna ze względu na swój urok, Ella Zaklęta (Gail Carson Levine), która stanowi dość luźną wariację na temat Kopciuszka, albo Liceum Avalon Meg Cabot – dzieło nie najwyższych lotów, ale sympatyczne, odnoszące się do czasów arturiańskich. W końcu znajdziemy i retellingi pełną gębą, na przykład Sagę Księżycową Marissy Meyer (jeśli jakimś cudem nie słyszeliście to nie zrażajcie się nazwiskiem! To nie TA Meyer!), która jest inspirowana nie jedną, a czterema baśniami, a przy tym znajdziecie w niej zupełnie nowy, spójny i kompletny świat – jakby mieszankę fantasy i science fiction. The Sleeper and the Spindle należy do tej trzeciej kategorii, ponieważ jest mieszanką opowieści o Królewnie Śnieżce i o Śpiącej Królewnie (obie to wielkie śpiochy, ale jedna z nich jest rekordzistką).


Przyznaję, że z każdą stroną tej króciutkiej książki pomysł robił na mnie coraz większe wrażenie. Gaimanowi ufam już odkąd przeczytałam Chłopaków Anansiego, ale i tak zaskoczyło mnie jak ciekawie rozwiązał akcję i ile życia tchnął w postacie, z którymi w końcu miałam styczność przez ledwie jeden, krótki wieczór (bez spoilerów na temat fabuły, bo tu nawet jedno zdanie popsuje wam zabawę). Przyznam, że mam nawet pewien żal do autora, że postanowił zutylizować swój pomysł na krótkie opowiadanie (teoretycznie) dla dzieci, podczas gdy po odłożeniu książki miałam w głowie więcej pytań niż odpowiedzi i bardzo chciałam dowiedzieć się więcej o postaciach, ich przeszłości i kolejnych przygodach. Widzę tu bardzo dużo zmarnowanego potencjału nawet na dłuższą powieść – i to zdecydowanie nie dla dzieci, a dla dorosłych.

Dlaczego dla dorosłych? Sam pomysł jest zdecydowanie mroczny, jest trochę całowania, które z łatwością mogłoby się przerodzić w trochę ostrzejsze i bardziej angażujące emocjonalnie sceny, co przecież Gaimanowi tak świetnie wychodzi choćby w Amerykańskich Bogach. Nawet w warstwie językowej widać, że The Sleeper and the Spindle bliżej do opowieści dla trochę starszych czytelników niż dla dzieci (szczególnie w dialogach – narrację Gaiman poprowadził w sposób typowy dla baśni, z charakterystyczną składnią i powtórzeniami). A i warstwa fabularna nie jest tak łopatologiczna jak zwykle w baśniach, a tam, gdzie rozwiązanie gwarantujące happy end aż samo się nasuwa, Gaiman przechodzi nad nim, serwując nam otwarte zakończenie (och, gdyby tak napisał sequel!). Koniec końców: żałuję, że opowieść nie rozwinęła się tak bardzo jak mogła, ale jestem pod wrażeniem jak bardzo autor pobudził moją wyobraźnię – i ileż fanfiction można by napisać do tej jednej historii!


Moim zdaniem autorowi bardzo pomógł ilustrator, z którym współpracował, z resztą nie pierwszy raz. Gaiman jest w ogóle znany z tego, że tworzą z nim fenomenalni artyści, którzy dodają jego graficznym nowelom i komiksom dwieście procent dodatkowego piękna. Moja przygoda w tym autorem zaczęła się od Koraliny, ilustrowanej przez cudownego Dave’a McKeana, który upiększył też Wilki w Ścianach Gaimana, a także moje ukochane Sny kota Warłapa SF Saida. Jedną z najbardziej znanych powieści Gaimana, Gwiezdny Pył, w oryginale ilustrował wielokrotnie nagradzany Chalres Vess.. Mogłabym wymieniać tak dalej. Również i w przypadku The Sleeper and the Spindle ogromne brawa należą się ilustratorowi, którym jest Chris Riddell.

Ach, Chris Ridell… Współautor Kronik Kresu, książek mojego dzieciństwa, na których czytaniu spędziłam tyle samo czasu co na oglądaniu ilustracji. Rysunki Riddella zachwycają szczegółami i ciekawą kreską, tworzą w wyobraźni wielowarstwowy świat i przy tym przekazują ogromny ładunek emocjonalny. A niektóre mogą się nawet przyśnić… W The Sleeper and the Spindle na każdej stronie jest choćby mała ilustracja Riddella, ale i tak było mi ich mało. Ilustrator idealnie uchwycił pychę, siłę, strach czy melancholię, dzięki czemu uzupełnił wiele niedopowiedzeń w treści na temat charakteru postaci. Jestem pod wrażeniem jak dobrze zrozumiał i rozwinął wszystkie podteksty i wskazówki pozostawione przez Gaimana i uczynił tę opowieść w równym stopniu swoją własną.

Gaiman i Riddell tworzą razem bardzo dobry zespół, ale nie wykorzystali całego potencjału, który był do wykorzystania i pozostawili mnie z uczuciem niedosytu. Żałuję, że nie będzie z tego animacji lub filmu, bo baśnie zasługują na drugą szansę, i to w lepszym i mniej mainstreamowym wydaniu niż serwowany przez Disneya. A ta książka byłaby do tego świetną podstawą.

Z góry zaznaczam, że książkę czytałam w oryginale i jeszcze nie ma polskiego tłumaczenia. Pozycja jest jednak na liście bestsellerów New York Timesa, a także wygrała nagrodę czytelników na goodreads.com, więc spodziewam się, że ktoś się nią u nas niedługo zainteresuje. Jeśli nie – jest napisana bardzo przystępnym językiem, więc zainteresowanych zachęcam do czytania po angielsku.

Aziz Ansari, znany w Stanach komik, zajmujący się stand-upem, zdecydował się napisać książkę. I to nie autobiografię, jak to ostatnio modne (choć – dojdę do tego niedługo – nie zaprzeczałabym tu zbyt usilnie) a książkę popularno-naukową  o tym, jak w dzisiejszych czasach wygląda romansowanie. Żeby było bardziej naukowo, postanowił połączyć swoje siły z socjologiem, Erikiem Klinenbergiem, który ma już na swoim koncie między innymi publikacje o życiu singla (Going Solo), kontrolowaniu amerykańskich mediów (Fighting for Air: the Battle to Control America’s Media), czy o byciu białym (The Making and Unmaking of Whiteness). Ansari próbuje w „Modern Romance” odpowiedzieć na szereg pytań, które go dręczą i jest to, na swój sposób, książka dość osobista, mimo uwzględnienia w niej wielu głosów i pomimo naukowej podszewki. Autor jednak przede wszystkim jest komikiem, a nie pisarzem, i to wychodzi na pierwszy plan.

Dużym plusem „Modern Romance” jest to, że został do niego zrobiony spory research. Inną sprawą jest to jak wiele z tego researchu możemy zobaczyć w samej książce, jednak przyznaję, że autorzy wyłowili kilka ciekawych informacji. Przytaczają oni historie i opinie różnych ludzi, którzy wypowiadali się w stworzonym specjalnie na potrzeby książki wątku na Reddicie bądź wysyłali osobiste maile. Aby wyniki były bardziej miarodajne, część badań została też przeprowadzona na żywo, z uczestnikami w różnym wieku i o różnym stopniu zaznajomienia z technologią. Same badania nie są przełomowe, ale autorzy zadbali o własne dane, a część historii cytowanych w książce to jedne z najciekawszych i jednocześnie najbardziej skłaniających do refleksji fragmentów. Zrobiły na mnie wrażenie opowieści osób, które zgodziły się na otwarty związek i później żałowały tej decyzji, czy kobiety, która postanowiła wybaczyć mężowi zdradę. Cytowane historie są dobrze dobrane i stanowią przekrój przez różne problemy i spojrzenia na świat.

W książce znajdziemy interesujący opis postępu technologicznego, który doprowadził nas do dzisiejszych Tinderów i Snapchatów. Bardzo ciekawy był fragment o tym, jak wyglądały pierwsze serwisy randkowe i jak ludzie radzili sobie kilkadziesiąt lat temu, co było dla nich ważne i co, innego niż teraz, popychało ludzi w ramiona partnera. Inną wartościową część stanowił rozdział opisujący życie miłosne w Tokio i w Buenos Aires, które – każde na swój sposób – kontrastuje z romansowaniem w Wichicie. Wyciągnęłam z tych fragmentów trochę nowych informacji nawet mimo tego, że na przykład życiem w Japonii sama bardzo się interesuję. Przyznaję jednak, że czułam lekki niedosyt, ponieważ pasjonuje mnie historia życia prywatnego i liczyłam na znacznie więcej, ale mimo wszystko nie można było spodziewać się zbyt wiele po tak krótkiej pozycji – myślcie o niej raczej jako o punkcie wyjścia do dalszych poszukiwań. Jeśli ta tematyka was interesuje, to możecie zajrzeć do bibliografii, w której naliczyłam prawie sto pozycji, w tym 25 książek – reszta to artykuły. Podczas czytania nie miałam wrażenia żeby w treści znalazło się wiele odniesień do innych publikacji i stawiam na to, że Ansari potraktował ten zbiór raczej jako inspirację do własnych rozważań, dodatkowo pokierowanych przez współpracującego z nim socjologa.


Jak mówiłam, Ansari napisał książkę we współpracy z socjologiem, z którym konsultował swoje pomysły i wspólnie przeprowadzał badania oraz analizował ich wyniki. Nie wiem co byłoby z tej książki gdyby nie ta pomoc – mam wrażenie, że mogłaby zboczyć w bardzo pamiętnikarskim kierunku i wyszłoby z tego badanie cech osobniczych jednego człowieka, a nie spojrzenie na ogólnoświatowe zjawisko. Szczęśliwie jednak w książce znalazło się kilka rozdziałów, które pozwoliły umieścić problem romansowania w szerszym kontekście. Mamy więc krótki rys historyczny przedstawiający jak romansowanie i postrzeganie związków zmieniało się przez ostatnie dziesięciolecia, oraz jak rozwijało się „nowoczesne randkowanie”: od ogłoszeń w gazetach, przez specjalne nagrania na sekretarkę bądź VHSy aż po dzisiejszy Internet i aplikacje komórkowe. Widać, że naukowiec, z którym Ansari pracował, ukierunkowywał jakoś jego zapędy i wskazywał mu drogę, choćby rozwiewając przeróżne najdziwniejsze wątpliwości, jednak (mimo wykresów i danych naukowych) jest to nadal przede wszystkim książka Ansariego i to jego subiektywny głos oprowadza nas po świecie romansu.

Podkreślam subiektywność, ponieważ Ansari wyraźnie sili się na coś wręcz przeciwnego i swoje własne przekonania i doświadczenia przedstawia nieraz niemal jako prawdy uniwersalne, choć opiera się tylko na swoim życiu. Widać, że często zakłada z góry, że wszyscy czytelnicy podzielają jego zdanie na różne tematy (i nie mam tu na myśli tego, że noszenie fedory to obciach) i, dzieląc się własnymi dylematami, sądzi, że i czytelnikom są one bliskie. Prawda jest jednak taka, że większości czytelnikom trudno będzie się z nim utożsamiać. Części zapewne dlatego, że nie są tak bogaci i nie kręcą się w świecie showbizu, więc nie dla nich codzienne przesiadywanie w klubach w poszukiwaniu idealnego partnera. Inni, jak ja, nawet by nie chcieli, bo – w przeciwieństwie do Ansariego – nie rozglądają się wiecznie za tą jedną najlepszą na świecie opcją, przez szukanie której nie można się skupić na tym, co już się ma, a wolą zainwestować trochę czasu w coś realnego. To ogólne niezdecydowanie życiowe autora, który do samego końca książki nie może się całkiem rozstać z ideą randkowania po wsze czasy, trochę mnie odrzuciło. Sądził, że dzięki przedstawieniu swoich osobistych dylematów zaskarbi sobie sympatię i zrozumienie czytelników, ja tymczasem przy niektórych fragmentach miałam zamiar krzyczeć zabierzcie mnie stąd, z dala od wynurzeń tego gościa! Szczególnie pod koniec miałam wrażenie jakbym czytała tekst trzynastolatka, który rozumie idee przyjemności, podekscytowania i dreszczyku emocji, natomiast oddanie, bliskość i uszczęśliwianie drugiego człowieka to już dla niego straszna nuda.

„Hey, so you remember a week ago you were upset I didn’t call you back before my trip, and you were mad because I was playing with the Polaroid camera. Well, the reason I was doing that is I bought you this nice vintage Polaroid camera and I was just making sure it worked before I gave it to you, co…here’s your gift.”
She felt HORRIBLE.
It was the greatest Valentine’s Day gift I’ve ever received.

(Spójrzcie tylko na ten fragment, w którym Ansari puentuje wydarzenie kiedy jego partnerka odkryła, że miał czas na robienie zdjęć Polaroidem, a nie miał czasu do niej zadzwonić czy napisać. Autor tłumaczy, że Polaroid był od początku prezentem dla niej, a on tylko niewinnie sprawdzał, czy aparat działa – Czuj się teraz winna, kobieto! Niech cię to nauczy!)

Koniec końców wychodzi nam z książki obraz własnych problemów autora, co może pod pewnymi względami jest ciekawe, ale wydaje się w dużej części dziełem przypadku i podczas lektury czułam się czasem tak jakbym czytała coś, co nie powinno było być przeznaczone dla moich oczu. Jednocześnie Ansari ma pewien problem z ustaleniem targetu swojej książki. Z jednej strony żartuje sobie z wielu ludzi i wydaje się, że „Modern Romance” jest po prostu papierową wersją jego stand-upów, jednak ogólnie wydał mi się bardzo asekurancki i nie za bardzo poradził sobie ze zmianą medium. Dobrze wychodziły mu żarty na mało kontrowersyjne tematy jak zamiłowanie do pączków czy bycie nudziarzem, jednak kiedy przychodziło do omawiania ważniejszych wyborów życiowych, jak bycie singlem czy samotną matką, a nawet tematu zdrady małżeńskiej, Ansari całkowicie się wycofuje. Pilnuje poprawności politycznej, zastrzega, że nie ma złych zamiarów, odwołuje się do statystyk zamiast wypowiedzieć własne zdanie. Bardzo pilnuje by nikogo nie urazić (w końcu każde jego słowo zostaje na piśmie, a nie jest jedynie wypowiedziane spontanicznie podczas jednego wieczornego show na żywo). Nie decyduje się nawet na to, żeby wprost uznać własne błędy za pomyłki, bo mógłby przypadkiem urazić kogoś, kto postępuje jak on niegdyś. Nie znajdziecie tu ostrych opinii. Czasem z kolei Ansari żartuje w miejscach, w których te żarty w ogóle nie pasują i wydają się wtedy bardzo wymuszone – często też powtarzają się według tych samych schematów, co pod koniec stało się dla mnie nużące (choć z początku były naprawdę zabawne, nie przeczę). Autor wyliczył sobie chyba jakąś średnią liczbę gagów na stronę i próbował wyrobić normę, jakby bał się, że inaczej straci uwagę czytelników. Chyba właśnie nie do końca rozeznał się w różnicach między występem na scenie a pisaniem.

Szczerze mówiąc trudno mi jednoznacznie ocenić tę książkę, więc może powiem tak – niektórym bardzo się spodoba, innych szybko zirytuje. Warto się nią zainteresować jeśli się od niej zbyt wiele nie oczekuje i przede wszystkim chce się luźno spędzić czas, bo nie ma w niej męczącego natłoku informacji. Brakuje jednak jakiejś jasnej puenty, przez co sama poczułam niedosyt – szczególnie po tym, jak pierwsza połowa zapowiadała się znacznie bardziej merytorycznie. Jednak z odpowiednim podejściem „Modern Romance” jest całkiem dobrą lekturą dla tych, którzy chcą oderwać się od powieści, a przy tym nie popaść w całkowitą powagę.

Autor: Aziz Ansari, Eric Klinenberg
Wydawnictwo: Penguin Press, 2015
277 stron

Obsługiwane przez usługę Blogger.