Pozytywne zaskoczenie. Nie spodziewałam się, że „Zwierzogród” zrobi na mnie takie dobre wrażenie i jestem podekscytowana na myśl o tym, że Disney zmierza w dobrym kierunku. To nie jest banalna animacja dla dzieci, której pod ten sam schemat podstawieni są bohaterowie o nieco tylko zmienionym wyglądzie. Intryga jest bardzo ciekawa, pojawia się wcale nie aż taki oczywisty plot twist, dzięki czemu seans wcale się nie nudzi, a do tego mamy kilka smakowitych kąsków dla dorosłych odbiorców. Podkreślam tak bardzo tę dorosłość ponieważ zauważyłam wyraźnie, że dzieci nie miały na tym filmie takiej zabawy jak chociażby na nieskomplikowanej „Wielkiej Szóstce”, w której było kilka mrugnięć dla dorosłych, ale przede wszystkim dużo prostych elementów skierowanych do dzieci (mówię tu zarówno o fragmentach bardzo sentymentalnych i chwytających za serce jak i typowych gagach slapstickowych, z których dzieciaki miały ogromny ubaw, a ja miałam chwilę refleksji na temat różnic międzypokoleniowych). Dość powiedzieć, że najmłodsi widzowie obecni na sali kinowej w trakcje seansu „Zwierzogrodu” wielu scen nie zrozumiały, a inne musiały być im streszczane przez rodziców, bo maluchy ze strachu odwracały się tyłem do ekranu. 
Żeby zarysować sytuację w filmie – bardzo entuzjastycznie nastawiona króliczka Judy Hops dostaje wymarzoną odznakę policyjną, jednak ranga stanowiska nie jest taka, jak Judy sobie wymarzyła. Jednak przy pomocy cwanego lisa Nicka, który z początku zalazł jej za skórę, ale jest w gruncie rzeczy uroczy, ma szansę się wykazać, rozwiązując największą zagadkę kryminalną w mieście. I tu atmosfera się zagęszcza.


Jedna historia, dwa przesłania. I to przynajmniej dwa. Historia zaczyna się dość typowo jak na amerykańską produkcję, ponieważ nasza dzielna, mała króliczka Judy Hops ma wielkie marzenie – chce zostać prawdziwym, twardym gliną. Ma całkiem solidne podstawy żeby wierzyć, że jej się uda, bo nie tylko ma ogromne samozaparcie, a jak wiemy z amerykańskim filmów chęci to już dziewięćdziesiąt procent sukcesu, ale też jest całkiem niezła w te klocki. Jej entuzjazm jest tym bardziej godny pochwały, że rodzice są święcie przekonani, że zdecydowanie lepiej jest się nie wychylać, nie mieć marzeń i w ogóle siedzieć cicho w kącie, żeby przypadkiem czegoś w swoim życiu nie zmienić i by uniknąć rozczarowań. To oczywistość, że popkulturalna bohaterka decyduje się podążać za amerykańskim snem, ale przyznaję, że spodobało mi się przeciwstawienie jej zapału z całkowitym brakiem ikry rodziców. Drogie dzieci, to ważna lekcja, rodzice nie zawsze mają rację!
Drugie, i znacznie większe, przesłanie „Zwierzogrodu” dotyczy rasizmu. Tak jak w naszym, ludzkim świecie, zwraca się uwagę na kolor skóry, tak i w Zootropolis liczy się to jakim jesteś zwierzakiem. Utartych schematów i stereotypów jest tyle samo, jeśli nie więcej, co w rzeczywistości wśród ludzi: króliki są przydzielone do marchewek, burmistrzem jest lew, chomiki cały dzień bezmyślnie zasuwają w biurach jak w tych kołowrotkach. Co znamienne, samo miasto jest bardzo wyraźnie podzielone na dzielnice ze względu na przynależność gatunkową, co ma w sumie logiczne uzasadnienie (stworzenie odpowiednich warunków klimatycznych dla poszczególnych zwierząt) ale nie zmienia faktu, że większość zwierząt jest od siebie na co dzień mocno odseparowana. Mnie samej silnie skojarzyło się to z wydzielonymi dzielnicami w Nowym Yorku bądź Londynie: takie zwierzęce China Town czy Little Italy. Poza tym mamy także protekcjonalne traktowanie małych zwierzątek przez te duże (fajnie ze schematu wyłamuje się Mr. Big – taki malutki Don Corleone pod postacią arktycznej ryjówki) i dużo manipulowania wizerunkiem ze względów politycznych (wokół tego, że mała Judy została policjantką zrobiono dużo szumu medialnego, ale wszystko to po to, by burmistrz miał dobry PR wśród roślinożernych „ofiar”, które stanowią większość populacji miasta, a w rzeczywistości Judy została przydzielona do mało wymagającej pracy). O równość obywatelską, podobnie jak w realnym świecie, walczy gwiazda pop, Gazelle (Shakira), której głos niezadowolenia liczy się bardziej niż głos przeciętnego zwierzaka.   


Bajka dla dorosłych. Może rozwinę temat, który poruszyłam na początku recenzji – gdyby w „Zwierzogrodzie” pod animowane zwierzęta podstawić aktorów podejrzewam, że film mógłby dostać całkiem wysoki rating. Górujący nad  Judy członkowie mafii czy nawet niektórzy koledzy z policji wyglądają naprawdę groźni i wzbudzają respekt, zdziczałe zwierzęta są naprawdę przerażające (i to nie tylko dla dzieci) i co chwila bohaterom przychodzi ryzykować iście kaskaderskie wyczyny, że już nie wspomnę o całej długiej scenie ze zwierzętami – nudystami. Fragment z wyluzowanym jakiem, właścicielem klubu dla naturystów, i tym jak oprowadza zszokowaną Judy i Nicka wywarł na mnie spore wrażenie. Wiem, zwierzątko bez zaznaczonych cech płciowych to nie to samo co goły człowiek, ale widząc kształtne świnki taplające się w błocie, seksownie wylizującą się lamparcicę, czy słonia w szerokim rozkroku, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że autorzy filmu mieli już trochę dość niewinnych produkcji dla najmłodszych i chcieli sprawdzić na ile sobie mogą pozwolić. Wyszło zabawnie i… prawie erotycznie (niektórzy widzowie dostrzegli to w jeszcze większym stopniu niż ja). Zauważyłam ten trend także podczas występów Gazelle i może nie tyle z powodu niej samej, co przez otaczające ją męskie tygrysy i oderwanych od rzeczywistości fanów, zapatrzonych w specjalne aplikacje na telefon, które mają dać ułudę przebywania razem z zachwyconą tym gwiazdą muzyki.


Postacie – na plus. Tam, gdzie miały być archetypy było to uzasadnione fabularnie i służyło zbudowaniu komizmu, w innych wypadkach lekka schematyczność też w żaden sposób mi nie przeszkadzała – w końcu poszłam do kina na bajkę, która miała być zrozumiała dla młodszych widzów. Zwróciłam jednak uwagę na to, że postacie nie były płaskie i nie były w stu procentach takie ani siakie. Szczególnie (nie)przypadła mi do gustu wątpliwa moralnie postać burmistrza Grzywalskiego, który protekcjonalnie i po chamsku traktował wiceburmistrz i zdecydowanie bardziej zależało mu na własnej karierze politycznej niż czymkolwiek innym, ale dzięki temu wydał mi się bardzo ludzki. I wzbudził we mnie silniejsze uczucia niż prawdziwy czarny bohater. Wymienię też komendanta Bogo, którego w oryginale dubbingował Idris Elba, i mogę tylko wierzyć na słowo, że nadał tej postaci sporej głębi, obdarzając ją swoim głosem. W polskiej wersji widziałam potencjał, ale Stelmaszyk chyba nie wycisnął z tej postaci tyle, ile mógł (a Elbą i jego humorem, jaki ujawnił w tej roli, ludzie się zachwycają). Przy czym, jak już jestem przy dubbingu, muszę bardzo subiektywnie napomknąć, że polska wersja językowa jak zwykle nie zawodzi i dalej jestem z nas dumna, jednak o ile Kamińska jest świetna i bardzo lubię jej Roszpunkę z „Zaplątanych”, to tęsknię do większej różnorodności w polskich wersjach, bo głos i śmiech Judy Hops wywoływał u mnie jednak zbyt wiele skojarzeń.



Drobiazgi i całokształt. Widać, że animatorzy przyłożyli się do tej produkcji. Jest w niej dużo detali, mrugnięć do widza (jak choćby nawiązania do innych filmów Disney’a czy genialny żart z pancernikiem – dla wielbicieli kina) i interesujących pomysłów. Dyrektor artystyczny wpadł na to, by komisariat policji stworzyć na wzór Wielkiego Kanionu, lokomotywy pociągów mają kształt głów zwierząt (tyleż ciekawe co niepraktyczne), a poszczególne dystrykty charakteryzują się unikalnymi rozwiązaniami – mnie szczególnie spodobały się natryski w dzielnicy dżungli. O ile miasto jest bez wątpienia kiczowate, to jednak robi przy tym dobre wrażenie, a koncept arty są wręcz prześliczne. Łatwo zauważyć jak dużą radość mieli ludzie pracujący przy tym filmie i również dzięki temu bardzo przyjemnie się go ogląda – nie jest to tylko odhaczony obowiązek wypuszczenia produkcji do kin, a prawdziwa zabawa. Żałuję tylko trochę, że ostatnio animacje często wieńczy wpleciona w akcję piosenka, przez co końcowy entuzjazm nieco mi się rozmył – a żart zaserwowany w finale był naprawdę dobry i stanowiłby świetną puentę – jednak muszę przyznać, że z kina wyszłam bardzo zadowolona i teraz z dużym optymizmem wyczekuję kolejnych disney’owych animacji. 

Wiedziałam, że zobaczę ten film kiedy tylko pojawił się jego zwiastun. Przepiękne lata pięćdziesiąte, Irlandia, historia o trudach związanych z emigracją i szeroko pojętą miłością, a do tego wszystkiego jeszcze za scenariusz odpowiada Nick Hornby (choć książka, na której bazuje film, jest autorstwa Colma Tóibína). Nie musiałam czytać recenzji żeby wiedzieć, że film na pewno okaże się przynajmniej dobry – i faktycznie, mam o nim do powiedzenia w zasadzie same dobre rzeczy, bo to sympatyczna produkcja.

Brooklyn opowiada bardzo prostą, ale przy tym poruszającą historię o młodej emigrantce Eilis Lacey. Dziewczyna pracuje na pół etatu w sklepie w małym irlandzkim miasteczku, gdzie nie może spodziewać się świetlanej przyszłości. Wszyscy tam wszystkich znają, trudno się wyrwać i zmienić cokolwiek w swoim życiu. Na szczęście Eilis ma siostrę, która nie tylko pomaga jej na co dzień, ale także, dzięki znajomości z księdzem mieszkającym w Nowym Yorku, załatwia jej porządną pracę na Brooklynie. Przeprowadzka za ocean zawsze jest poważną i trudną decyzją, ale w czasach bez Internetu, samolotów czy choćby łatwego dostępu do telefonów, jest to sytuacja szczególnie bolesna i taka właśnie okazuje się dla Eilis. Dziewczyna radzi sobie dzielnie, stara się jak może i otrzymuje na miejscu naprawdę wiele ciepła (cóż, może nawet zbyt wiele jak na realia prawdziwego świata), ale przejmująca tęsknota za domem nie pozwala jej w pełni cieszyć się z poprawy jakości życia ani możliwości studiowania, by w przyszłości zdobyć wymarzoną posadę księgowej. Wszystko zaczyna się zmieniać wraz z pojawieniem się na horyzoncie przemiłego i bardzo zainteresowanego chłopaka w stylu Marlona Brando – Hornby i  Tóibín wyraźnie wiedzą jak rozgrzać widzom serduszka – kiedy Eilis w końcu może choć trochę poczuć się w Ameryce jak w domu, bo (nawet jeśli to nie jest miłość jej życia) to coś zaczyna zapełniać pustkę w jej sercu. Co z tego jednak kiedy prawdziwy dom jest nadal tak daleko? Gdy bohaterce przychodzi odwiedzić ukochane rodzinne strony, zagubienie tylko się pogłębia, bo tak łatwo byłoby po prostu nie wracać i zachować się tak, jakby wyjazdu nigdy nie było. Te wszystkie uczucia – zagubienie, niepewność które miejsce nazwać domem – sprawiają, że historia naprawdę angażuje widza; a przy tym intymne spojrzenie na dojrzewającą dziewczynę, jej pierwsze doświadczenia miłosne i obecność w filmie kilku komicznych postaci czyni tę historię taką współczesną Jane Austen.


W dzisiejszych okolicznościach, kiedy temat emigracji jest właściwie tematem dominującym, mogłoby się wydawać, że „Brooklyn” to film wyjątkowo na czasie, jednak jest uniwersalny w nieco innym znaczeniu, a przy tym stanowi też osobisty portret jednej dziewczyny. Eilis bardzo trudno było opuścić kraj, w którym zostawiała bliskich i całą swoją kulturę, trudno było jej także tam wrócić, ponieważ zdążyła zadomowić się w Ameryce i było jej tam wygodnie. Natomiast przez ten czas w jej domu wiele się zmieniło, przez co miała poczucie, że dużo straciła. Nie trzeba jednak było wiele by dostrzegła w swojej ojczyźnie znowu wszystko to, za co ją kochała (nie wspominając już o innych, sprzyjających okolicznościach, choćby w postaci dobrze usytuowanego i, a jakże, zainteresowanego chłopaka – w tej roli wszechobecny w tym roku Gleeson). Tym razem więc powrót do Ameryki okazałby się jeszcze trudniejszy niż poprzednio, a zostanie na miejscu miałoby zupełnie inne, i przy tym poważne, konsekwencje. Podobało mi się jednak to, że Eilis, mimo swojego braku zdecydowania i tendencji do uciekania od trudności, próbowała te problematyczne decyzje podejmować w zgodzie ze sobą. 
Choć fragmenty z trailera mogą wskazywać inaczej, „Brooklyn” to o wiele więcej niż historia o miłości czy wyborze między dwoma mężczyznami. Eilis dojrzewa, co widać w filmie nawet pod względem czysto fizycznym, podejmuje własne decyzje, nawet nie będąc pewna ich słuszności, i dopuszcza do swojego życia nowych ludzi, co uczy ją odpowiedzialności i obierania nie zawsze najłatwiejszych ścieżek. Co znamienne, podczas oglądania nie miałam wrażenia, że jestem przytłoczona problemami bohaterki, że jest w filmie za dużo dramatu, mroku czy przesady w którąkolwiek stronę. Wręcz przeciwnie, poza kilkoma smutnymi scenami czułam cały czas, że na filmie bawię się świetnie i od dawna nie miałam do czynienia z tak lekką, wdzięczną i przyjemną produkcją.


Nie wiem na ile to jego zasługa, ale jeśli jesteście zaznajomieni z twórczością Nicka Hornby’ego, to na pewno zauważycie w „Brooklynie” tę samą lekkość i ciepło, które widać i w jego filmach i książkach. Ten człowiek po prostu wie jak człowieka zaciekawić i sprawić mu przyjemność, przy czym jest to rozrywka na poziomie, może nie intelektualna, ale z dużym smakiem i właściwie dla każdego. Oglądanie „Brooklynu” było dla mnie na swój sposób balsamem dla duszy - hisotria emanowała bajkowym ciepłem. Angażująca emocjonalnie historia w pełni zaspokoiła moje potrzeby na rozrywkę w weekendowy wieczór i bardzo przypadł mi do gustu przebijający z niej spokój. Muszę też wyraźnie zaznaczyć jak dużą rolę w tworzeniu specyficznego klimatu filmu miało to, że jego akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych. Ludzie są inni, świat różni się od naszego i właściwie można poczuć, że znajdujemy się w innej rzeczywistości. Przy tym duże wrażenie robi dbałość o wszelkie szczegóły w odtworzeniu tamtych lat – mam wrażenie, że realia odtworzono niemal doskonale i nic w tym filmie nie zrobiło na mnie wrażenia doczepionego tła czy dekoracji, a przeciwnie – wszystko wyglądało bardzo spójnie. Począwszy od zachowania poszczególnych bohaterów, ich specyficznych manier, przez historię, aż po najdrobniejsze elementy scenografii – mnie samej trudno było oderwać od tego wszystkiego wzrok, szczególnie że film został nakręcony w przyjemnych kolorach – szczególnie od czasu przeprowadzki Eilis do Ameryki, wizualnie w lekkim tonie i bez naturalistycznych obrazków, więc naprawdę uważam go za ucztę dla oczu.


Aktorsko film prezentuje się świetnie. Saoirse Ronan błyszczy w swojej roli i chociaż bardzo lubię Rooney Marę, która początkowo miała grać główną bohaterkę, to cieszę się, że jednak nie zdecydowała się na ten film, a twórcy postanowili poczekać aż Ronan dojrzeje do roli Eilis. Ta irlandzko-amerykańska aktorka urodziła się na Bronksie i, być może po części dzięki temu, świetnie wyszło jej oddanie tęsknoty za ojczyzną i rozerwania między dwoma krajami. Mnie osobiście zachwycił jej (i w sumie nie tylko jej) irlandzki akcent, który musiała do roli nieco zmienić, ponieważ sama mówi z akcentem z Dublinu, a jej bohaterka pochodzi Enniscorthy, leżącego bardziej na południu. Przyznaję, że bardzo polubiłam delikatną i bardzo wyważoną kreację Eilis – Saoirse Ronan tchnęła w tę postać życie i dodała jej drugie dno, które każe uważniej przyjrzeć się niektórym jej decyzjom. Emory Cohen, który gra jej ukochanego włoskiego pochodzenia, jest w swojej roli chyba jeszcze bardziej uroczy, szczególnie kiedy patrzy na Eilis z rozmarzonym uśmiechem i psią wiernością w oczach.  Jest już po Walentynkach, ale to idealny walentynkowy bohater. Brawa za rolę należą się także cudownej Julie Waters, którą w tym filmie ledwo poznałam, bo tak dobrze weszła w swoją postać. Uwielbiam jej panią Keogh jako kobietę równie surową i z głową na karku, co przesympatyczną i potrafiącą jednym żartem rozładować napiętą atmosferę przy stole. To jedna z tych postaci drugoplanowych, które chce się uściskać.

Myślę, że może to być jeden z tych filmów, do których ciągnie, żeby obejrzeć je ponownie. Dostarczył mi kilku drobnych wzruszeń i sprawił, że wyszłam z kina oczyszczona i odprężona, jak po dobrej produkcji. Nie jest to film pod żadnym względem przełomowy – może dla Irlandczyków, którzy tłumnie oglądali go w kichach i na pewno są bardzo dumni – ale jestem zdania, że takich solidnych, ładnych filmów na smutne wieczory nam trzeba i dlatego bardzo cieszę się, że powstał. Jak najbardziej polecam wybrać się do kina, bo jest na co popatrzeć.

The Book of Mormon. Nie przypuszczałam, że będzie mi dane kiedykolwiek zobaczyć tę sztukę na żywo (a tym bardziej w żaden inny sposób), toteż nigdy zbytnio o niej nie marzyłam i nie interesowałam się tak bardzo jak byłabym zainteresowana gdyby była na wyciągnięcie ręki bądź chociaż udostępniana szerszej publiczności w kinach, jak w przypadku produkcji The National Theatre. Słyszałam o niej mnóstwo dobrego, widziałam ile zdobyła nagród, ale zdecydowałam się odpuścić i nie przejmować. W pewnym momencie jednak zdałam sobie sprawę, że wyjazd do Londynu to idealna szansa na zdobycie nowych teatralnych doświadczeń – i tak pierwszym tytułem, na który padł mój wzrok, był The Book of Mormon i wtedy już wiedziałam, że nic mnie tak nie uszczęśliwi jak ten konkretny musical i każda cena (a te naprawdę lepiej pominąć milczeniem i wymazać z pamięci) będzie usprawiedliwiona niezwykłym podekscytowaniem i uczuciem spełnienia, odczuwalnym jeszcze przed odebraniem biletów. I tak właśnie było, a – przypominam – jeszcze nie weszliśmy do teatru.

West End – kocham! Na początek muszę zaznaczyć, że Prince of Wales Theatre jest przepiękny i zdjęcia znalezione w Internecie nie oddają tego jak prezentuje się na żywo. Sala teatralna nie jest ogromna, ale wystarczająco duża by zrobić wrażenie i, ze wszystkimi złotymi balkonami, spodobała mi się może bardziej niż warszawski Teatr Narodowy. Przy tym dekoracje dookoła sceny, te zaprojektowane specjalnie do The Book of Mormon, są fantastyczne. Pięknie wygląda zarys siedziby mormońskiego kościoła w Salt Lake City – z witrażami i aniołem na szczycie – którego konstrukcja okala scenę, a do tego wewnątrz tego obramowania jak i poza nim umieszczono granatowe tło z planetami i konstelacjami, które dodatkowo podkreślają boskość świątyni, nieskończoność kosmosu i dodają powagi i efektowności dekoracjom, dzięki czemu już na wstępie tworzy się podniosły nastrój, który pryska jak bańka mydlana już po pierwszym wersie rozpoczynającej spektakl piosenki. (A teraz uwaga, bo przez najbliższe kilka akapitów będą się pojawiać spoilery, a szczególnie w akapicie szóstym.)


Hello! Otwierająca spektakl piosenka w komediowy sposób obnaża na czym polega chodzenie od drzwi do drzwi i nawracanie na swoją religię mimo niezbyt bogatej wiedzy na temat tejże. Młodzi bohaterowie, którzy przeszli szkolenie i mają zostać rozlokowani po świecie by nauczać swojej wiary mają mormońskie korzenie, zostali wychowani w duchu tej wiary, ale nie ma w nich w ogóle zrozumienia tego, co za tą religią stoi. Wszystko rozumieją bardzo dosłownie, często przez pryzmat popkultury i swoich własnych pragnień i ambicji typowych dla nastolatków. Główny bohater, Kevin Price, najbardziej na świecie chciałby zostać wysłany przez kościół do Orlando, które jawi mu się jako raj na ziemi, a bycie dobrym mormonem jest dla niego tylko środkiem prowadzącym do celu, a nie celem samym w sobie (choć często ma, w tej sztuce bardzo typowe dla mormonów, poczucie winy, co objawia się na przykład koszmarami o torturach w piekle). Price jest pewnym siebie człowiekiem sukcesu, skoncentrowanym na sobie – o czym świadczy choćby piosenka „You and Me but Mostly Me”, śpiewana z jego kompanem Arnoldem Cunninghamem, który z kolei jest zupełnym nerdem, chłopakiem tyleż sympatycznym co zupełnie oderwanym od rzeczywistości, ze zbyt bujną wyobraźnią i fascynacją Gwiezdnymi Wojnami. Obaj młodzieńcy zostają dobrani w parę, która zostaje przydzielona do Ugandy – miejsca, które kojarzy się tylko z Królem Lwem (bo on się dział w Afryce, a Uganda to chyba gdzieś tam w okolicach, nie?).

Hasa Diga Eebowai czyli Fuck You God. Po przybyciu do Afryki chłopaków spotykają od początku złe rzeczy, co jest tylko drobną niedogodnością w porównaniu do nieszczęść towarzyszącym tubylcom w życiu codziennym. W radosnej piosence „Hasa Diga Eebowai”, mieszkańcy uświadamiają młodym mormonom, że przy odpowiednim nastawieniu (Fuck You God) można poradzić sobie z tym, że większość ludzi w okolicy ma AIDS, że nie ma co jeść, ludzie są terroryzowani przez uprzywilejowane grupki z bronią palną, praktykowane jest obrzezywanie kobiet, a w celu zapewnienia sobie siły i ochrony przed chorobami mężczyźni gwałcą dziewice, często będące malutkimi dziećmi. Piosenka brzmi wesoło, wręcz disneyowsko, ludzie się śmieją, a tymczasem w Afryce to wszystko naprawdę się dzieje. Zastanawiam się jaki procent widowni zdawał sobie sprawę, że nic w tym fragmencie musicalu nie zostało przerysowane, a efekt komediowy bierze się tylko z zestawienia luźnego tonu z bardzo poważnym problemem. Bardzo spodobał mi się ten, zgrabnie przemycony, komentarz społeczny o tym jak w niektórych miejscach na świecie bardzo źle się dzieje, o czym z kolei większość ludzi, w tym nasi bohaterowie, nie ma najmniejszego pojęcia, kojarząc Afrykę albo z Królem Lwem, jak postacie z musicalu, bądź przypominając sobie kilka szokujących obrazków z telewizji, natomiast nie poświęcając problemom trzeciego świata minuty głębszej refleksji. The Book of Mormon pokazuje jak przybysze z Ameryki mają tak naprawdę bardzo niewiele do zaoferowania – jedynie Księgę Mormona, której sami do końca nie rozumieją – bo w pewien sposób sami też nie potrafią uporać się z własnymi udrękami. Jak zauważono w sztuce, mormoni (i w sumie pewnie większość ludzi krajów rozwiniętych) świetnie radzą sobie z problemami, zwyczajnie o nich nie myśląc. Jest w sztuce jedna cudowna postać, też mormon, która do perfekcji opanowała separowanie się od swojego prawdziwego „ja” w celu zachowania pozorów i próby ominięcia konfliktu wewnętrznego. Nie tego byśmy się spodziewali po potencjalnym przewodniku duchowym, ale właśnie takie jest życie i tłumienie własnych lęków i potrzeb to zdumiewająco uniwersalna sytuacja.


Symboliczny Raj występuje w The Book of Mormon w kilku kontekstach. Dla ambitnego Price’a jest nim wymarzone Orlando, w którym chciałby zamieszkać, bo zrobiło na nim wrażenie w dzieciństwie. Dla chłopaka nie liczy się to, co napisane w Księdze Mormona (swoją drogą historia tej wiary jest świetnie przedstawiona w samej sztuce, więc nie trzeba przed pójściem do teatru robić wielkiego researchu jeśli ktoś nie jest zorientowany w temacie), a jedynie jego własne, egoistyczne cele, które robią z niego znacznie gorszego mormona niż ten, za którego Price sam siebie ma. Arnold w kolei w ogóle nie rozumie o co w tym wszystkim chodzi i kiedy przychodzi pora na opisanie Księgi Mormona mieszkańcom afrykańskiej wioski, chłopak robi co może żeby przypomnieć sobie to, co usłyszał w kościele, a wszelkie dziury fabularne zapełnia tym, co go najbardziej interesuje: Gwiazdą Śmierci, hobbitami czy Mocą. Choć wydaje się najmniej rozgarniętą z postaci, z kompulsywną skłonnością do zmyślania, to właśnie on postępuje najbardziej szczerze i moralnie, dopowiadając na żywioł niestworzone historie do Księgi Mormona, byle zainteresować wiarą mieszkańców wioski i wytłumaczyć im w zrozumiały sposób dlaczego nie wolno nikogo gwałcić. To wszystko bardzo naiwne, ale zdaje egzamin, bo mieszkańcy wioski natychmiast przyswajają szaloną popkulturową wersję z żabami, Jedi i spektakularnymi pojedynkami. Córka wodza szczególnie zachęca pozostałych mieszkańców do zainteresowania się mormonizmem, ponieważ ma nadzieję na to, że mormoni zabiorą ją i pozostałych do swojej siedziby, Salt Lake City, która stała się dla niej jej własnym rajem, bez chorób i terroru.

„To tylko metafora” – czyli najpiękniejsza puenta, jaką mogłam sobie wymarzyć. Kiedy wszystko się komplikuje, bo pełni dobrych chęci Afrykańczycy biorą podrasowaną historię Arnolda nieco zbyt dosłownie i przedstawiają ją głowom Kościoła, które przyjechały na wizytację, okazuje się, że to koniec zabawy. Mormoni muszą wrócić do domu, bo nawracanie się nie udało, a córka wodza nie dostanie się do Salt Lake City. Kiedy donosi o tym pozostałym mieszkańcom wioski pewna kobieta odzywa się tłumacząc, że Salt Lake City wcale nie jest rajem, tylko jego symbolem. To tylko metafora, a takie miejsce nie istnieje, bo raj ma się w sercu. Tłumaczy dalej, że wszystkie te żaby, statki Enterprise, anioły i inne wymysły to też tylko symbole i chyba nikt by nie uwierzył, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Byłam zachwycona takim zakończeniem sztuki, pokazującym jak pozornie prymitywni ludzie z wioseczki na końcu świata mają głębsze i bardziej świadome zrozumienie religii niż teoretycznie światli i wyedukowani ludzie z wielkiego świata (którzy wszystko rozumieli zdecydowanie zbyt dosłownie i z religii robili marny użytek). To końcowe odwrócenie ról zrobiło na mnie bardzo duże wrażenie, niezwykle zgrabnie zamykając wszystkie wątki i nadając temu komediowemu musicalowi głębi, której się po nim nie spodziewałam.

Dokładnie to wykonanie widziałam! Na środku Stephen Ashfield - wspaniała rola drugoplanowa.

Patrząc od technicznej strony nie mam do powiedzenia nic specjalnie odkrywczego, bo jestem po prostu zachwycona. Muzyką, tekstami, grą aktorską, niesamowitymi (i nie przesadzonymi, co ważne!) dekoracjami, choreografią i idealnym wykonaniem ruchów wymagających zdumiewającej synchronizacji i zręczności. Zawsze podziwiam utwory, w których poważne i przykre tematy udało się ze smakiem owinąć w komediową otoczkę w taki sposób, by w trakcie obcowania z nimi świetnie się bawić, a potem wrócić do nich myślami i poświęcić chwilę na refleksję. The Book of Mormon jest idealnym przykładem takiej właśnie produkcji – dopiętego na ostatni guzik, kolorowego i zabawnego show, które nie tylko powoduje śmiech, ale wkrada się do serca i zakamarków umysłu i tam znajduje sobie dom na stałe. Bardzo mnie też cieszy, że trafiłam akurat na tę konkretną obsadę (bo jest ich kilka różnych i w Ameryce i w Anglii) jednak jak porównywałam zdjęcia i nagrania z youtube’a to ta „moja” wydaje mi się idealna. Szczególnie dwaj główni aktorzy (KJ Hippensteel i Brian Sears) mieli niesamowitą charyzmę, wyrazisty wygląd – Sears był naprawdę genialnym nerdem – a spodobał mi się też Stephen Ashfield, grający mormona tłumiącego swoje homoseksualne skłonności – te powłóczyste spojrzenia i elastyczny chód były fenomenalne. Widać było po niektórych aktorach drugoplanowych, że są tancerzami z wykształcenia, ale tak naprawdę wszyscy radzili sobie wyśmienicie i byli całkowicie zsynchronizowani.


Gdyby to było takie proste to jeździłabym do Londynu co tydzień i nauczyła się sztuki na pamięć. Nawet jeśli nie jest najwybitniejsza na świecie, to stanowi wyśmienitą rozrywkę, sprawia mnóstwo przyjemności i że wychodzi się z teatru w cudownym nastroju. To przeżycie warte nawet dużych pieniędzy i na pewno zostanie ze mną na długo. Czekam aż takie musicale zaczną pojawiać się w Polsce – może kiedyś – a przynajmniej częściej w UK.

Całkiem niedawno przechodziłam przez pewną, jak ja to mówię, fazę książkową, kiedy to czytam pod rząd kilka książek o podobnej tematyce bądź w podobnym klimacie. Tym razem padło na Young Adult, i to takie zwyczajne, z życia wzięte powieści dla nastolatek. Kontakt z nimi okazał się bardzo oczyszczający, bo pozwolił mi skupić uwagę na sprawach, o których w pewnym wieku już się wiele nie myśli, bo niby ma się już te wszystkie rozterki za sobą. Bardzo miło jednak jest sobie o niektórych rzeczach przypomnieć, a inne, które nas ominęły, przeżyć przynajmniej za pośrednictwem fikcyjnych bohaterów. W dzisiejszej notce opiszę cztery książki, które można by znaleźć na tej samej półce w księgarni, chociaż jednak sporo je od siebie różni.


 Fangirl (Rainbow Rowell)
Niedawno wydana w Polsce powieść autorki przeuroczej „Eleanor i Park” (tak ładnie opisane pierwsze zauroczenie, że człowiek aż sam czuje motylki w brzuchu) to historia o tyle ciekawa, że z jej główną bohaterką można się bardzo łatwo utożsamić – to (stereo)typowy geek żyjący światem fikcyjnym i niepotrafiący wziąć losu we własne ręce. Cath jest uroczo nieporadna - choć stara się być odpowiedzialna - i ma dokładnie takie przedziwne dylematy jak większość nieśmiałych ludzi. Dlatego dużą satysfakcję sprawia obserwowanie jej powolnej i przemiany, bo jest postacią z krwi i kości - a jej ukochany może jeszcze bardziej. Zapewne w dużej mierze do mojego pozytywnego odbioru przyczynił się fakt, że Rowell jest mistrzynią opisywania malutkich detali, gestów, odczuć i głupich obaw, jakie przeżywamy zakochując się – to jest bowiem jednym z głównych wątków tej powieści (choć – jak w życiu – nie jednym). Autorka stwarza przy tym postacie, którym nie sposób nie kibicować, bo nawet mimo swoich wad są sympatyczni i ludzcy. Czasem aż za bardzo, o czym regularnie przypominało mi uczucie déjà vu z własnego życia, pojawiające się gdy czytałam niektóre kwestie bohaterów. O ile autorka nie wykradała nastolatkom pamiętników i nie podkładała im podsłuchów uważam, że świadczy to o dużej wrażliwości i świetnych zdolnościach obserwacyjnych, a to zawsze punktuje w książkach.


Morze spokoju (Katja Millay)
(z oryginalną okładką, bo jest ładniejsza)
Książkę odkryłam przypadkiem na goodreads.com i zupełnie nie byłam pewna czego się po niej spodziewać. Z jednej strony miała bardzo dobre i entuzjastyczne recenzje, z drugiej jej bohaterowie to para wyjątkowo nieszczęśliwych i poturbowanych przez los nastolatków, przez co trochę bałam się przesadnej dramy. Ta niepewność towarzyszyła mi podczas lektury może nawet do jednej trzeciej książki, kiedy jednak zaczęło stawać się jasne, że problemy głównych bohaterów to nie tylko nastolatkowa egzaltacja.

Nastya, główna bohaterka, nie mówi. Ubiera się w wyzywające, czarne ubrania, nie utrzymuje kontaktu z bliskimi, a każdej nocy biega tak długo, aż żołądek odmawia jej posłuszeństwa. Josh, po śmierci dziadka, został sam na świecie. Rodzina przyjaciela zaprasza go na niedzielne obiady, on jednak najlepiej czuje się sam w swoim garażu, zajmując się stolarką. Tych dwoje delikatnych, przejechanych przez życie, młodych ludzi może dać sobie to, czego nie mogą dostać od innych – zaufanie i brak bolesnych pytań. Pod koniec, im więcej dowiadywałam się o bohaterach (a kolejne tajemnice odkrywane są bardzo powoli i naprawdę polecam uzbroić się w cierpliwość) tym bardziej dojrzała stawała się w moich oczach powieść. Millay nie bała się zaserwować młodym czytelnikom kilku ciężkich prawd na temat życia, miłości czy funkcjonowania w związku. Nie ma tu głaskania po głowie i wmawiania, że wszystko będzie dobrze. Za to książka ma ode mnie ogromny plus, bo ileż można czytać cukierkowych historii, w których miłość leczy wszystkie rany jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może nie trzeba było aż tak ciężko doświadczać bohaterów, ale w końcu i gorsze rzeczy się zdarzają, więc byłam w stanie wszystko to zaakceptować i bardzo się cieszę, że natknęłam się na tę powieść w odpowiednim momencie.


Flipped (Wendelin Van Draanen) 
bo nie użyję okropnego tytułu „Dziewczyna i chłopak wszystko na opak”
To jedna z tych bardzo cukierkowych opowieści, o czym zaświadczyć może fakt, że pod koniec płakałam tęczą. Pomysł jest świetny, bo mamy tę samą historię przedstawioną z puntu widzenia dwojga bohaterów: Bryce spędza całe życie chowając się przed Juli, która go prześladuje, tylko potem okazuje się, że Juli ma własne, całkiem bogate życie wewnętrzne i nie spędza każdej chwili wzdychając do ukochanego. On wyobraża sobie niestworzone historie i robi przedziwne rzeczy, byle uniknąć z nią kontaktu, ona zajmuje się projektem naukowym i przesiadywaniem w koronie ulubionego drzewa. Kiedy Bryce w końcu dostrzega zalety koleżanki jest już jednak na tyle zaplątany w swoje paranoidalne zachowania, że w końcu ona zaczyna widzieć jego wady i tu zaczyna się problem.

Ta niezwykle ciepła opowieść o dojrzewaniu i o tym, że rzeczy nie zawsze są takimi, jakimi się zdają, jest niezwykle jasnym punktem na liście moich zeszłorocznych lektur. Ogromną zaletą książki jest to jak dużą uwagę autorka poświęciła postaciom drugoplanowym, ich charakterom i problemom. Rodzice nie są tylko od zapewniania głównym bohaterom domów i od pytania o postępy w szkole – mają realny wpływ na kształtowanie się charakteru swoich dzieci, na ich życiowe decyzje i obawy. Podczas konfliktu przy rodzinnym stole aż skrzy od napięcia i trudnych emocji, choć prawie nikt nic nie mówi. Te postacie żyją, mówią własnymi głosami i popełniają ludzkie błędy. To nie tylko opowieść o miłości, ale o wszystkim, z czym mierzą się ludzie.

W ramach ciekawostki dodam, że powstał film na podstawie tej książki; choć jeszcze go nie widziałam, wydaje się być bardzo wierną ekranizacją i jest przynajmniej tak samo uroczy jak pierwowzór.


My Life Next Door (Huntley Fitzpatrick)
Jeszcze nie przetłumaczona na polski, a powinna być. Panie i Panowie, oto książka o dojrzałych nastolatkach! Kiedy mają problem – rozmawiają ze sobą. Są odpowiedzialni, mają odpowiednio poustawiane priorytety i nie dają się ponieść buzującym hormonom. Takim związkom aż chce się kibicować.

Samantha jest bezproblemową córką idealnej pani senator, która przeżywa drugą młodość ze swoim doradcą i asystentem. Dziewczyna wykorzystuje rozproszoną uwagę matki i decyduje się nawiązać bliższą znajomość z chłopakiem z sąsiedztwa, którego liczna, nieuporządkowana, ale też bardzo ciepła rodzina jest przeciwieństwem wszystkiego, co Sam zna z własnego domu. Choć młodzi pochodzą z zupełnie innych światów, szybko się dogadują i kładą fundamenty pod naprawdę fajny związek, oparty na zaufaniu i szczerości. Z tym ostatnim Sam ma jednak o tyle problem, o ile trudno jej pogodzić dotychczasowy perfekcyjny świat ze światem chłopaka i rzeczywistość stawia na jej drodze kilka poważnych przeszkód kiedy dziewczyna uczy się metodą prób i błędów jak wpasować nowy element do układanki. Jeśli literatura młodzieżowa ma prezentować pozytywne wzorce, a przy tym poruszać i zapewniać świetną zabawę, to „My Life Next Door” jest idealnym przedstawicielem swojego gatunku. I ma bardzo fajne wątki poboczne (stąd i powstał spin-off, który mam na liście do przeczytania). Naprawdę polecam jeśli znudziły wam się wieczne fochy i wielokąty miłosne, jakie królują w YA.

Już dawno nauczyłam się żeby za wiele się nie spodziewać po filmach hollywoodzkich, ale cała ta otoczka wokół „Zjawy” jako filmu, który w końcu zapewni DiCaprio Oscara, jakoś na mnie zadziałała i dlatego miałam nadzieję na coś przynajmniej niezłego. Założenie było takie, że mamy mężczyznę, którego nie wszyscy kompani tolerują (choćby ze względu na półindiańskiego syna) i którego, mając lepsze lub gorsze usprawiedliwienie i motywy, porzucają na śmierć z mrozu i głodu po ataku niedźwiedzicy broniącej młodych. Siła napędowa do dalszego działania? Oczywiście, zemsta. Założenie może nie nowatorskie, ale na pewno można było z tego zrobić dobre kino (szczególnie, że paralelnie obserwujemy Indian poszukujących córki wodza, więc jest pewna zbieżność, z której coś by mogło wyniknąć). Czy dobre kino zrobiono to już inna sprawa.

Kiedy już odżyłam po tym, jak umarłam ze śmiechu na najgorszej na świecie reklamie żelu intymnego (nic tak nie wprawia w podniosły nastrój przed filmem jak reklamy), przyszła pora na uspokojenie się i wczucie w nastrój niezmierzonych lasów Ameryki Północnej. Pomijając krótki prolog – zaczęło się dobrze, nawet bardzo dobrze. Otwierająca film scena z wodą płynącą między drzewami jest przepięknie sfilmowana i w zasadzie reprezentuje to, co w filmie najlepsze i najbardziej warte uwagi – zdjęcia. Zajmował się nimi Emmanuel Lubezki, który zrobił już na nas wrażenie rok temu „Birdmanem”. Skojarzenie nasunęło mi się szczególnie podczas pierwszej sceny walki między białymi a Indianami, która wyglądała fenomenalnie. Kamera odnajdowała najciekawsze wydarzenia rozgrywające się między drzewami, śledziła daną postać po to, by w chwili jej śmierci porzucić ją na rzecz kolejnej, i w ten sposób zatoczyła koło po całym planie, pokazując efekty zniszczeń. Moim zdaniem – mistrzostwo. Nieco gorzej było potem, przy czasem przesadnych zbliżeniach na twarz Leonardo, bądź w przypadku bezsensownego ujęcia makro na kupkę mrówek, co chyba miało być bardzo artystyczną wstawką, tak samo jak retrospekcje głównego bohatera i szepty ukochanej (mam alergię na podniosłe szepty w obcych językach, a  Iñárritu egzaltowanych scenek-wstawek z retrospekcjami było strasznie dużo i nijak nie komponowały się z resztą filmu).



Czy Oscar się Leonardowi należy to nie ulega wątpliwości, ale niekoniecznie za rolę w „Zjawie” – gdyby Akademia spytała mnie kiedyś o zdanie to doradziłabym przyznanie nagrody za całokształt twórczości. Jak wiele innych osób jestem zdania, że w „Wilku z Wall Street” miał ciekawszą rolę i przeszedł samego siebie miotając się jak szalony po schodach w jednej ze scen, więc wydaje mi się, że jeśli chodzi o wysiłek aktorski to tam dał z siebie znacznie więcej. W „Zjawie”, jakkolwiek bardzo się starał, nie poruszył mnie. Nie współczułam jego postaci – może z wyjątkiem samego faktu bycia rozszarpywanym przez niedźwiedzia – nie czułam jego tragedii, nie widziałam nienawiści i pragnienia zemsty w jego oczach. Musiałam uwierzyć na słowo, bo tak pisali w streszczeniu, tak sam bohater napisał na ścianie i tak nakazuje wierzyć doświadczenie z takimi historiami. Ja tego nie czułam. Co do bólu, głodu i desperacji – tak, aktor bardzo malowniczo się opluł, głośno dyszał (ja bym na jego miejscu nie miała siły tyle dyszeć) i ogólnie sprawiał wrażenie pognębionego tym, co reżyser mu zafundował, jednak realistyczne odegranie bólu i głodu to jeszcze nie jest szczyt aktorstwa i właściwie DiCaprio nie miał zbyt wiele do zagrania. Myślę, że nie mógł w żaden sposób zagrać lepiej żeby podbić moje serce – ta rola po prostu się do tego nie nadawała. Nie mogłam przejąć się postacią Glassa nawet w połowie tak bardzo jak współczułam Chuckowi Nolandowi w „Cast Away”, choć temu drugiemu nikt nie umarł. 



Oscar dla Matki Natury! O, z tym się zgadzam i podpisuję wszystkimi czterema kończynami. Widoki w filmie są wspaniałe, są cudownym wytchnieniem od przemęczonej twarzy Leo, właściwie chętnie zamówiłabym je sobie w tym filmie w proporcji dziewięć do dziesięciu. Przepiękne górskie szczyty, panoramy rzeki, śniegowe czapy otaczające górski strumyczek, zorza polarna nad drzewami – można by z tego zmontować przepiękny dokument przyrodniczy. I nie jestem tu w żadnym razie cyniczna – to właśnie pejzaże i malownicze okoliczności sprawiły, że mimo wszystkich błędów i niedociągnięć, do których zaraz dojdę, film zdołał wywrzeć na mnie w miarę niezłe wrażenie i pozwolił dojść do wniosku, że czas spędzony w kinie nie był czasem całkiem straconym.

Fuck logic. Glass, według wszelkich zasad prawdopodobieństwa, powinien zostać przebity strzałą, kilka razy zastrzelony, wykrwawić się, mieć połamany kręgosłup, pękniętą czaszkę, a wiele części ciała powinno mu odmarznąć i odpaść. Ale nie, nasz bohater nie przejmuje się nawet tym, że ciało mu gnije, i wkrótce na swej drodze napotyka na tak uzdolnionego i przyjaźnie nastawionego Indianina, że niedługo potem ma już „tylko opuchliznę”. Poza tym dlaczego w tym filmie, na takim mrozie, nikt nie nosi czapek? Czy ani jeden z bohaterów nie miał babci? Nie wiem jakim cudem tam ktokolwiek wrócił do domu w jednym kawałku. W całym filmie było niestety mnóstwo fragmentów, które przypominały mi, że to tylko masowa amerykańska produkcja, w której realizm nie ma wiele wspólnego z prawdziwym realizmem. Pod koniec byłam już tym na tyle zmęczona, że nie mogłam poważnie traktować ostatecznego pojedynku między bohaterami, w którym co chwilę ktoś wyciągał sobie z ciała ostrze, żeby zadać nim następny cios. Dość powiedzieć, że słyszałam na sali śmiechy, a chyba nie takie było zamierzenie reżysera.




Aktorsko film wypadł nieźle, ale tylko nieźle. Przy tym od razu muszę wspomnieć, że jakoś nie potrafiłam oskarżać towarzyszy Glassa o to, że chcieli go zostawić. Fitzgerald, którego grał Tom Hardy, był zły i skupiony na sobie, ale przy tym wyglądał jak ktoś, kto wcale nie ma nic złego na myśli - chce tylko przeżyć, wrócić do domu w dobrym stanie i wieść przyjemne życie. Trudno odmówić mu w tym racji. Hardy zagrał całkiem dobrze osobę nie mającą skrupułów, przy czym nie popadł w przesadę i nie stworzył evil villaina, a po prostu postać mężczyzny, który dba przede wszystkim o własne dobro, niezależnie od okoliczności, i nie bawi się w przeżywanie emocji. Nie obdarzyłam przez to tej postaci silnymi (negatywnymi) uczuciami, więc trudno było mi pragnąć zemsty za jego uczynki. Tak naprawdę nikogo tutaj zbytnio nie polubiłam ani nie znienawidziłam, a chyba najbardziej interesowałam się losem koni. To przykre, ponieważ widziałam wyraźnie jak wysoko mierzyła cała ekipa odpowiedzialna za film. Coś jednak nie zagrało. Być może nie tyle sami aktorzy, co scenariusz, który wykreował dla aktorów postacie dość archetypiczne: nieczułego egoisty, naiwnego tchórza, prawego i bohaterskiego przywódcy (całkiem przekonujący Domhnall Gleeson) czy dowolnego typu Indianina (ci akurat byli całkiem realistyczni i ludzcy) lub Złego Białego. Przez to wszystko w pewnym momencie zaczęłam postrzegać „Zjawę” trochę bardziej jako bajkę niż poważny film i przestałam mieć duże wymagania wobec aktorów. Nie poruszyli mnie, nie zainteresowali swoimi motywami, nie przywiązałam się do nich. Mało przejęłam się losem indiańskiej córki, do której poczułam tylko cień sympatii, a chciałam znacznie więcej. Jak na taką ilość zbliżeń na twarze przeżyć było zdumiewająco mało. Pozostawały ładne widoki.


Dziś będzie stosunkowo długi tekst o bardzo krótkiej książce, z którą jednak wiąże się kilka rzeczy, o których warto wspomnieć. Mam na myśli najnowszą – choć z 2014 roku – graficzną powieść autorstwa Neila Gaimana i Chrisa Riddella: The Sleeper and the Spindle.

Od dłuższego czasu panuje moda na retellingi baśni i znanych opowieści – widać to na pierwszy rzut oka w kinie, gdzie mieliśmy nowego, aktorskiego Kopciuszka, Czarownicę o Śpiącej Królewnie, a czekamy na Piękną i Bestię (z całą masą dobrej obsady, więc ja czekam szczególnie niecierpliwie). Mowa jest nawet o nowej Mulan, chociaż to jeszcze odległe plany. Jednak na filmach bynajmniej się nie kończy. Przerabianie znanych baśni i bazowanie na zasadach, które nimi kierują – bądź odwracanie ich – to od dawna bardzo popularny motyw w powieściach. Niektóre z nich czerpią z baśniowości, opowiadając przy tym zupełnie nowe historie. Dobrym przykładem jest fenomenalna Narzeczona dla księcia Williama Goldmana, opowiedziana jako odtworzenie najlepszych fragmentów książki rzekomo czytanej autorowi przez ojca. Znajdziecie w niej wszystko, od komedii i mnóstwa klisz po wzruszenia i ciekawe rozwiązania. Gdzieś pomiędzy znajduje się lekko już przykurzona, ale nadal dość popularna ze względu na swój urok, Ella Zaklęta (Gail Carson Levine), która stanowi dość luźną wariację na temat Kopciuszka, albo Liceum Avalon Meg Cabot – dzieło nie najwyższych lotów, ale sympatyczne, odnoszące się do czasów arturiańskich. W końcu znajdziemy i retellingi pełną gębą, na przykład Sagę Księżycową Marissy Meyer (jeśli jakimś cudem nie słyszeliście to nie zrażajcie się nazwiskiem! To nie TA Meyer!), która jest inspirowana nie jedną, a czterema baśniami, a przy tym znajdziecie w niej zupełnie nowy, spójny i kompletny świat – jakby mieszankę fantasy i science fiction. The Sleeper and the Spindle należy do tej trzeciej kategorii, ponieważ jest mieszanką opowieści o Królewnie Śnieżce i o Śpiącej Królewnie (obie to wielkie śpiochy, ale jedna z nich jest rekordzistką).


Przyznaję, że z każdą stroną tej króciutkiej książki pomysł robił na mnie coraz większe wrażenie. Gaimanowi ufam już odkąd przeczytałam Chłopaków Anansiego, ale i tak zaskoczyło mnie jak ciekawie rozwiązał akcję i ile życia tchnął w postacie, z którymi w końcu miałam styczność przez ledwie jeden, krótki wieczór (bez spoilerów na temat fabuły, bo tu nawet jedno zdanie popsuje wam zabawę). Przyznam, że mam nawet pewien żal do autora, że postanowił zutylizować swój pomysł na krótkie opowiadanie (teoretycznie) dla dzieci, podczas gdy po odłożeniu książki miałam w głowie więcej pytań niż odpowiedzi i bardzo chciałam dowiedzieć się więcej o postaciach, ich przeszłości i kolejnych przygodach. Widzę tu bardzo dużo zmarnowanego potencjału nawet na dłuższą powieść – i to zdecydowanie nie dla dzieci, a dla dorosłych.

Dlaczego dla dorosłych? Sam pomysł jest zdecydowanie mroczny, jest trochę całowania, które z łatwością mogłoby się przerodzić w trochę ostrzejsze i bardziej angażujące emocjonalnie sceny, co przecież Gaimanowi tak świetnie wychodzi choćby w Amerykańskich Bogach. Nawet w warstwie językowej widać, że The Sleeper and the Spindle bliżej do opowieści dla trochę starszych czytelników niż dla dzieci (szczególnie w dialogach – narrację Gaiman poprowadził w sposób typowy dla baśni, z charakterystyczną składnią i powtórzeniami). A i warstwa fabularna nie jest tak łopatologiczna jak zwykle w baśniach, a tam, gdzie rozwiązanie gwarantujące happy end aż samo się nasuwa, Gaiman przechodzi nad nim, serwując nam otwarte zakończenie (och, gdyby tak napisał sequel!). Koniec końców: żałuję, że opowieść nie rozwinęła się tak bardzo jak mogła, ale jestem pod wrażeniem jak bardzo autor pobudził moją wyobraźnię – i ileż fanfiction można by napisać do tej jednej historii!


Moim zdaniem autorowi bardzo pomógł ilustrator, z którym współpracował, z resztą nie pierwszy raz. Gaiman jest w ogóle znany z tego, że tworzą z nim fenomenalni artyści, którzy dodają jego graficznym nowelom i komiksom dwieście procent dodatkowego piękna. Moja przygoda w tym autorem zaczęła się od Koraliny, ilustrowanej przez cudownego Dave’a McKeana, który upiększył też Wilki w Ścianach Gaimana, a także moje ukochane Sny kota Warłapa SF Saida. Jedną z najbardziej znanych powieści Gaimana, Gwiezdny Pył, w oryginale ilustrował wielokrotnie nagradzany Chalres Vess.. Mogłabym wymieniać tak dalej. Również i w przypadku The Sleeper and the Spindle ogromne brawa należą się ilustratorowi, którym jest Chris Riddell.

Ach, Chris Ridell… Współautor Kronik Kresu, książek mojego dzieciństwa, na których czytaniu spędziłam tyle samo czasu co na oglądaniu ilustracji. Rysunki Riddella zachwycają szczegółami i ciekawą kreską, tworzą w wyobraźni wielowarstwowy świat i przy tym przekazują ogromny ładunek emocjonalny. A niektóre mogą się nawet przyśnić… W The Sleeper and the Spindle na każdej stronie jest choćby mała ilustracja Riddella, ale i tak było mi ich mało. Ilustrator idealnie uchwycił pychę, siłę, strach czy melancholię, dzięki czemu uzupełnił wiele niedopowiedzeń w treści na temat charakteru postaci. Jestem pod wrażeniem jak dobrze zrozumiał i rozwinął wszystkie podteksty i wskazówki pozostawione przez Gaimana i uczynił tę opowieść w równym stopniu swoją własną.

Gaiman i Riddell tworzą razem bardzo dobry zespół, ale nie wykorzystali całego potencjału, który był do wykorzystania i pozostawili mnie z uczuciem niedosytu. Żałuję, że nie będzie z tego animacji lub filmu, bo baśnie zasługują na drugą szansę, i to w lepszym i mniej mainstreamowym wydaniu niż serwowany przez Disneya. A ta książka byłaby do tego świetną podstawą.
Obsługiwane przez usługę Blogger.