Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felieton. Pokaż wszystkie posty
Wyjazd do Japonii nie przytrafia się codziennie, więc trzeba taką okazję dobrze wykorzystać, dużo przeżyć i dużo zobaczyć. Problem w tym, że wszędzie jest tak pięknie i tak niespodziewanie, że kiedy już człowiek wyląduje w jednym miejscu, to wcale nie ma ochoty go zbyt prędko opuszczać. W podjęciu tej trudnej decyzji pomaga tylko wiedza, że tuż za rogiem czai się więcej, a potem i jeszcze więcej. I że mimo wszystko to wcale nie taki koniec świata i zawsze można się pocieszyć, że może jeszcze kiedyś tu wrócimy.

Ja sama problem z ruszeniem się z miejsca miałam już na samym lotnisku Tokio Narita, ponieważ w samolocie trafiłam na tak miłe towarzystwo i po przyjeździe byłam tak szczęśliwa, bo dotarłam i jest cudownie (a nawet lepiej niż się spodziewałam, bo w kwietniu powietrze jest bez porównania przyjemniejsze niż latem), że musiałam sobie po prostu trochę posiedzieć na ławce i się pouśmiechać. Potem było już tylko lepiej, a każdy kolejny dzień przyćmiewał poprzedni.

Japonia tradycyjna to coś, czego szuka większość przyjezdnych, którzy nasłuchali się o szogunach i gejszach, lub napatrzyli na buddyjskie lub shintoistyczne świątynie w filmach i na zdjęciach. I owszem, oglądając takie (przepiękne, przyznam) obrazki, można spędzić cały pobyt w tym kraju, ale nie jest to jedyne, co Japonia ma do zaoferowania. Nie jest też jednak prawdą, że w Japonii na każdym kroku można spotkać oszalałych fanów anime albo cosplay'erów, że wszędzie czai się wysoce zaawansowana futurystyczna technologia (choć wiele toalet ma guziczki, to jednak nie jest to żadna filozofia). Oczywiście, zarówno fani tradycji jak i nowoczesności mogą się poczuć w Japonii jak w raju, sama czerpałam z tych możliwości pełnymi garściami, dla mnie jednak urok tego miejsca znajduje się gdzieś pomiędzy. Pomiędzy miską ryżu z surowym jajkiem i sosem sojowym na śniadanie, a origami w kształcie żurawia, którym przemiła sprzedawczyni częstuje po sprzedaniu pocztówki. Dlatego właśnie postanowiłam napisać nie dziennik z podróży, nie relacje z kolejnych miejsc, bo o tym możecie poczytać wszędzie, a właśnie takie luźne wspomnienia tego, co najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Częściowo opadłe płatki japońskiej wiśni w parku Shinjuku (na drzewach wciąż cudownie różowo)

Mówi się, że w Japonii wszyscy siedzą/stoją/idą z nosami w telefonach i cóż… jest to prawda. Ta cecha uaktywnia się przede wszystkim w transporcie miejskim, kiedy to naprawdę wszyscy mają wyciągnięte telefony i zawzięcie w nich grzebią. Trzeba jednak zaznaczyć, że robią to kulturalnie. Głos w głośnikach w metrze i pociągach nieustannie prosi o wyłączenie dźwięku w komórkach i powstrzymanie się od rozmów, jest więc dość cicho i przyjemnie. W pociągach, jeśli zachodzi potrzeba, można pójść na koniec wagonu i tam odbyć ważną rozmowę. To japońskie posłuszeństwo i trzymanie się zasad ogromnie umila życie codzienne. Nikt nie pcha się do drzwi metra, bo wszyscy grzecznie stoją w kolejkach w wyznaczonych miejscach (przy których drzwi nadjeżdżającego pociągu ustawione będą co do centymetra, więc nie ma mowy o niespodziankach) i wprawdzie nawet najbardziej krucho wyglądająca staruszka wepchnie się do zapełnionego wagonu z siłą i mocą konia pociągowego, to jednak zrobi to w swoim czasie i nie wcześniej, dopiero jak wszyscy wyjdą, a ludzie z kolejki przed nią zapakują się do środka.

Góra Fuji w pełnej krasie. Wcale nie tak łatwo trafić na taki dzień, kiedy górę tak ładnie widać.

Bai bai to nowe japońskie sayōnara, bo tego drugiego większość społeczeństwa już nie używa. Japończycy, zwykle młodzi, ale nie tylko, zachwycają takich obcokrajowców jak ja, przeprowadzając swoje rytuały pożegnalne po wieczornych spotkaniach. Polega to na tym, że para bądź grupka znajomych ustawia się naprzeciwko siebie (o ile to możliwe – w kółeczku) i z odległości metra wszyscy machają do siebie przez dłuższy czas, wołając bai bai. Jest to tak urocze, że człowieka nachodzi ochota na mocną kawę, żeby zrównoważyć te słodkie uczucia. 

 Metropolitan Government Building. Jeden z darmowych punktów widokowych w Tokio.

Wręczanie reszty w sklepie to kolejny cały rytuał, który robi wrażenie i, jak człowiek poświęci mu choć chwilę refleksji, okazuje się mieć bardzo dużo sensu i zasługuje na zaimplementowanie na całym świecie. Niektórym wiadomo, że w Japonii uprzejmość wymaga wręczania czegokolwiek przy użyciu obu rąk – to samo tyczy się wręczania reszty w sklepie. Tak więc, pięknie odliczone i malowniczo „pstryknięte” palcem banknoty (w kolejności od największego do najmniejszego nominału, twarzą zdobiącego je Japończyka w naszą stronę) wędrują do naszego portfela, a w następnej kolejności – w drugiej turze – takoż ułożone monety umieszczone na rachunku, który również zostaje podany obiema dłońmi. Kiedy człowiek nauczy się to obsługiwać to zaczyna żałować, że jest to tylko japoński zwyczaj, bowiem wsypywanie monet do portfela jeszcze nigdy nie było takie sprawne jak przy użyciu karteczki. Takie drobne udogodnienia Japończycy opanowali do perfekcji.

Złoty Pawilon w Kioto. Nie widać tego tłumu za moimi plecami. 

Jedno z moich najmilszych wspomnień, choć to straszny drobiazg, dotyczy przejazdu między Kioto a Himeji. Shinkansen jak shinkansen, lepszy niż pociągi PKP, ale nie ma powodu, żeby od razu mdleć z zachwytu. Jednak ten jeden konduktor… Trzeba wam wiedzieć, że w Japonii nic nie dzieje się przypadkiem. Podczas gdy u nas konduktor może sobie biegać po całym pociągu i nigdy nie ma pewności czy mamy te nasze bilety wyciągać, czy jeszcze nie, to w Japonii nie my jesteśmy dla konduktora, a konduktor dla nas. Młody mężczyzna w pełnym umundurowaniu otwiera drzwi wagonu, przystaje w nich na moment i leciutko kłania się z przemiłym uśmiechem na twarzy. Potem przystępuje do sprawdzania biletów, a jego uprzejmej życzliwości nie ma równych. Takim sposobem przemierza wagon za wagonem, ale na tym nie koniec – bo do wagonów nie tylko trzeba wejść, ale jeszcze z każdego należy się wydostać; oczywiście – równie uprzejmie. I tak okazuje się, że wagonu nie można tak po prostu opuścić, nie zwracając uwagi na pasażerów. Należy się odwrócić i ukłonić by okazać swój szacunek. Kiedy robi to poważny, przyzwyczajony do swojej pracy starszy pan, jest to całkiem miłe. Ale gdy robi to szczerze uśmiechnięty młodzieniec – rozczulenie trzyma człowieka przez cały dzień. 

Cały tłum figurek Maneki Neko przy świątyni Gotokuji w Tokio, skąd pochodzą.

Niewielu Japończyków dogaduje się po angielsku, ale – wbrew krążącym opiniom – dogadać się można bardzo łatwo, używając kilku podstawowych zwrotów, a w kluczowych miejscach przekonując się, że z angielskim nie jest znowu tak tragicznie. Na stacji czy w hotelu dogadacie się spokojnie, o drogę też zapytacie i jeszcze dostaniecie piękną mapkę. Engrish – czyli taki japoński angielski – jest jednak wszechobecny i prawdziwie rozczulający (szczególnie mnie, jako anglistkę). Koszulki z niegramatycznymi nadrukami po angielsku można spotkać bardzo często, bo oczywiście znajomością angielskiego warto się popisać, nawet jeśli jest wątpliwa. W japońskich piosenkach co chwilę można też wychwycić jakieś losowe angielskie słówko, bo tak jest bardziej fancy. Ale najbardziej spodobało mi się rozszyfrowywanie komunikatów na niektórych (bo oczywiście nie wszystkie przetłumaczone są źle) znakach w miejscach publicznych. Mój ulubiony, z parku przy świątyni Heian w Kioto, brzmi następująco:
“When crossing [nazwa stawu zapisana znakami Kanji] be careful of the footing sufficiently. Understand beforehand because the responsibility can not be assumed about the accident in case and so on.”
Piękne? Piękne.

Trochę japońskiego folkloru. Od przodu nie pokażę ;)


Japończycy to bardzo sprawny naród. Nie da się inaczej, kiedy prawie całe życie domowe toczy się na podłodze, ciągle trzeba się kłaniać i dobrze jest regularnie wspiąć się na jakąś świętą górę czy do którejś ze świątyń. Nie dziw więc, że na każdym kroku, a szczególnie w mniejszych miejscowościach, można natknąć się na rowerzystów, a już od świtu parki i alejki zapełniają staruszkowie uprawiający jogging. Parki są do chodzenia, a nie do siedzenia, więc bardzo często ławek po prostu nie ma (a jak chce się spróbować hanami, czyli podziwiania kwitnących wiśni, to najlepiej zaopatrzyć się we własny kocyk i trochę prowiantu czy nawet alkoholu – co jest jak najbardziej dozwolone i bardzo miło jest zrobić sobie taką posiadówkę na przykład nocą nad rzeką w Kioto, a i na środku pewnej bocznej uliczki w okolicach tokijskiego Ikebukuro widziałam panów na spokojnie sączących piwko). Na metro czy pociąg owszem, zdarza się czekać na krzesełkach, jednak zdecydowanie preferowanym sposobem jest ustawienie się w kolejce. Posiedzieć sobie można wieczorem, w knajpce. Wcześniej nie ma czasu, bo trzeba zwiedzać.

Widok na Tokio z Metropolitan Government Building.

Jak już Japonia, to trzeba było odhaczyć kilka typowych dla tego kraju miejsc, takich jak kocia kawiarnia. Wyszukałam więc sobie na miejscu spis takich przybytków i wybrałam jeden, wygodnie położony, z dobrymi ocenami klientów. Trochę się pobłądziło podczas przechodzenia ogromnym i szerokim przejściem nadziemnym, ale to tylko dodatkowa przygoda i więcej cudownie przypadkowego zwiedzania! Na miejscu bardzo kocio. Pomieszczenie malutkie, ale kolorowe i przyjemne, zakocenie na zadowalającym poziomie. Pani z obsługi daje do przeczytania regulamin i cennik po angielsku (cena naliczana za czas pobytu) i zaprasza do cieszenia się miauczącym towarzystwem. Kotki przeróżnej maści leżą, siedzą i chodzą tu i tam, czas płynie bardzo szybko. Moją uwagę zwraca jednak samotny pan w garniturze, z pracowniczą plakietką na szyi. Jest jedynym klientem. Zdjął marynarkę i smętnie macha patyczkiem żeby przyciągnąć uwagę jakiegoś czworonoga, ale na próżno. Mężczyzna nie przejmuje się tym, siedzi sobie spokojnie, znajdując ukojenie po pracy, chwilę odpoczynku w miejscu, gdzie nikt mu nie przeszkadza i nikt nie ma wymagań. Gdybym miała wrócić do neko cafe to najbardziej na świecie chciałabym zobaczyć tam nie któregoś z pięknych kotów, a tego mężczyznę – tym razem z uśmiechem na twarzy.

To wszystko w tej części – szykuje się jeszcze więcej. Jeśli chcielibyście poczytać o czymś bardziej konkretnym, bądź macie pytania – piszcie w komentarzu!






… a dlaczego z poślizgiem, to zaraz przeczytacie.

Nie jestem fanką „Gwiezdnych Wojen”, ale mam do nich pewien sentyment, ponieważ w specjalny sposób zapisały się w mojej własnej historii miłości do kina. Otóż, pierwsza część oryginalnej trylogii, „Nowa Nadzieja”, była moim pierwszym filmem z napisami. Pierwszym filmem z napisami w kinie był chyba „Park Jurajski 3”, oglądany trochę później, kiedy już znacznie lepiej ogarniałam czytanie. I chociaż „Gwiezdne Wojny” pewnie trochę bardziej oglądałam niż rozumiałam, to wtedy zrobiły na mnie całkiem spore wrażenie, czego dowodem może być to, że potem przez jakiś czas pisałam długopisem z Jar Jarem (tak, wiem co większość sądzi na ten temat, ale zawsze lubiłam miłe „zwierzątka”, więc przemawiał do mojej ówczesnej duszy).

Przyznam szczerze, że gdybym miała wskazać które części „Star Warsów” widziałam, to nie byłabym w stanie odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. Pewnie musiałam widzieć przynajmniej dwa z trzech oryginalnie pierwszych filmów, na pewno pamiętam oglądanie małego Anakinka z „Mrocznego widma”, i kilka lat później, w trakcie kolonii, uciekłam z koleżankami z sali, w której oglądałyśmy „Atak klonów”, bo w pewnym momencie dostałyśmy głupawki (długa historia). Jak widać – nie jestem ekspertem.

Jednak kiedy przed Świętami na świecie napięcie sięgnęło zenitu i zewsząd dochodziły mnie słuchy o podekscytowanych fanach, którzy nie mogli się doczekać premiery, coś we mnie pękło. Nie mogłam się już temu przyglądać obojętnie – to było zjawisko globalne, łączące ludzi, właściwie można było z góry uznać, że historyczne. Nigdy nie byłam jedną z tych osób, które w wielkim tłumie przypuszczały o północy szturm na księgarnie w dniu premiery nowego „Harry’ego Pottera”, albo wydawały z siebie okrzyki zawodu bądź radości sekundę po kolejnym odcinku „Gry o Tron”. Zawsze jednak silnie przeżywałam wszelkie zetknięcia z ulubionymi dziełami (pop)kultury, więc moje serce nie pozostało zimne, a w oku szybko zakręciła się łezka kiedy doszły do mnie pierwsze wieści z frontu.


Jak tu się nie wzruszyć kiedy media donoszą, że ludzie czekają w kolejce po bilety nawet po dwanaście dni, żeby załapać się na przedpremierę? To jest prawdziwe fanowskie poświęcenie, które przybliża nas do czasów dzieciństwa, kiedy lista naszych priorytetów nie była jeszcze przewalona do góry nogami i najważniejsze w życiu były rzeczy pozornie błahe, a tak naprawdę po prostu sprawiające radość.

Całkowitym przełomem był dla mnie moment, kiedy natrafiłam na facebooku na status kobiety, której mąż poszedł na premierę „Star Wars”. Opisywała jak jej małżonek, niezwykle podekscytowany, siedział w fotelu już na dwie czy trzy godziny przed rozpoczęciem seansu – i nie był jedyny! Ta dziecięca radość, która połączyła dorosłych ludzi, wydaje mi się jedną z najpiękniejszych rzeczy na świecie i jestem szczególnie wdzięczna popkulturze, że ją w nas co jakiś czas na nowo rozpala. Ponieważ czasem nie chodzi o to, żeby się szczególnie ubogacić intelektualnie czy emocjonalnie, ani nawet, dla kontrastu, zwyczajnie „odmóżdżyć” po ciężkim dniu. Czasem chcemy w najprostszy sposób poczuć beztroskę i szczęście, a po spojrzeniu w lewo i w prawo dostrzec to samo w oczach drugiego człowieka. W tym jest prawdziwe piękno.

Te wszystkie przemyślenia doprowadziły mnie do wniosku, że jednak do kina pójść trzeba, nawet jeśli nie dam rady przypomnieć sobie na czas poprzednich części. I, kiedy wczoraj przed samym snem zobaczyłam, że już coraz trudniej o bilety nie z samego rana i/lub z dubbingiem, spontanicznie zarezerwowałam odpowiednie miejsce o odpowiednio późnej godzinie i również poczułam cząstkę tej radości, o której wcześniej pisałam. Zabawne było to, że kiedy jechałam odebrać bilety przypomniałam sobie, że faktycznie nie kojarzę fabuły poprzednich filmów (jakby mnie ktoś zapytał o czym są „Gwiezdne Wojny” to powiedziałabym tylko, że to film, w którym Vader jest ojcem Luke’a, a Han strzelił pierwszy) więc w metrze dokonałam heroicznego czynu i zdołałam przeczytać streszczenie części IV – VI. Kupując popcorn wiedziałam już wszystko, co trzeba.


Byłam na to przygotowana, ale i tak bardzo mnie ucieszyło intro w oryginalnym stylu, przypominające czasy dzieciństwa. Ja w ogóle mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju intro i zawsze płaczę kiedy zza chmur wyłania się napis „Harry Potter” lub kiedy nad zamkiem Disney’a przelatuje kometa. Dlatego mogę chyba śmiało założyć, że już od początku byłam niemal tak samo zachwycona, że jestem w kinie, jak każdy fan serii. Podobał mi się ten swojski klimat i to, że spece of efektów zadbali o to, żeby stare nie było przestarzałe i śmieszne, a jak najzupełniej właściwe (ujęły mnie stare czcionki i przejścia między scenami). Jestem wręcz pod wrażeniem, że ani przez chwilę nie miałam takiego uczucia jak przy grze „Alien: Isolation”, która też idealnie odtwarza oryginalną technologię z filmów z Susan Sarandon (i co mi się generalnie też bardzo podoba), bo w tamtym przypadku jednak często łapałam się na myśleniu jakie to urocze, że dawniej ludzie tak sobie wyobrażali zaawansowaną, futurystyczną technologię.

Sama fabuła zarysowuje się dosyć prosto: mamy mapę, poszukiwanie i nowe pokolenie głównych bohaterów. Tradycyjnie musiało się pojawić trochę uproszczeń fabularnych jak miłość instant i pierwszy raz w życiu trzymam broń, ale ja po prostu mam talent, ale nie przeszkadzają znacząco w odbiorze całości i w końcu nie jeden raz wybaczaliśmy filmom gorsze przewinienia. Dla mnie osobiście największą przyjemnością była możliwość zobaczenia wiecznie młodego duchem Harrisona Forda, który cudownie sprawdził się w swojej roli i nadal można było dostrzec jego urok osobisty, a jednocześnie nie przyćmił swoim blaskiem i chwałą reszty postaci. W ogóle to właśnie na tym, co znane i lubiane opiera się sukces najnowszej części serii – na powrocie do korzeni, do tego, co darzymy sentymentem i na puszczaniu oka do fanów.

Z kolei z nowości i zaskoczeń muszę wymienić rolę Domhnalla Gleesona, sympatycznego rudzielca z „Czasu na Miłość”, bez którego najwyraźniej w ostatnich czasach nie można nakręcić żadnego filmu (przejrzyjcie choćby listę filmów nominowanych do Oscara, a szybko zorientujecie się, że jest przynajmniej jeden wspólny mianownik). Wypadł w swojej roli naprawdę dobrze, bez tej ciężkości i manieryczności, która często psuje czarne charaktery. Nawet w scenie, w której ewidentnie nasuwało się skojarzenie z przemowami Hitlera Gleeson nie popada w przesadę. Protagonistka filmu, grana przez Daisy Ridley, też była pozytywnym zaskoczeniem. Im dłużej na nią patrzyłam tym bardziej miałam wrażenie, że nawet z twarzy wygląda tak… gwiezdnowojennie, i udźwignęła większość scen, nie irytując przy tym swoją wszechcudownością, która rosła w postępie geometrycznym. Ostatecznie jednak moje serce należy do przesłodkiego BB-8, który mimo bycia metalowym robotem wydał mi się bardziej uroczy niż niejedno słodkie zwierzątko z youtube’a.


W końcu, moją uwagę przykuła w pewnym momencie scena w barze, do którego trafiają bohaterowie. To, jak roi się w nim od przedziwnych gatunków stworów, których różnorodność mamy okazję zobaczyć w ciągu zaledwie kilku(nastu)sekundowej wycieczki dookoła knajpy, przypomina o bogactwie świata i o tym, jak wiele ciągle ma do zaoferowania. Już ta jedna scena może zainspirować do serii spin-offów, wobec czego w ogóle mnie nie dziwi, że planowany jest kolejny star warsowy film, a nawet nie byłabym zaskoczona gdyby ta tradycja nieco rozciągnęła się w czasie. Wprawdzie wielu powie, że bez (wstawcie ulubione postacie) Gwiezdne Wojny nie mają sensu, sama nawet miałam takie przemyślenia, ale przy odrobinie szczęścia i odpowiednim podejściu twórcy może dadzą nam pokochać nowych bohaterów i nowe historie, i być może długo jeszcze nie przyjdzie czas pożegnania z odległą galaktyką.




Kiedy w Internecie rozpętuje się burza to już nikogo nie dziwi, internetowe flejmy, afery i kłótnie to już szara codzienność i zwykle od razu przechodzimy nad nimi do porządku dziennego. Tym razem jednak sprawa tyczy się mojej ulubionej, bo książkowej, dziedziny, więc zaczęłam ją śledzić z zainteresowaniem i niejakim rozbawieniem.

Oto bowiem zupełnie niedawno, bo pod koniec grudnia, powstała facebookowa strona o tytule „Recenzje z Lubimy Czytać”, która obnaża co ciekawsze opinie użytkowników popularniejszego brata BiblioNETki. Na czym ta ciekawość polega? A no wszyscy pamiętamy humor z zeszytów szkolnych (Oprócz zabitych na polu walki leżało wiele obrażonych i tym podobne kwiatki) a „Recenzje…” są zbiorem tego typu popisów czytelników, tym razem na temat literatury (głównie lektur szkolnych). Moim ulubionym, przypominającym czasy liceum, jest komentarz osoby zawiedzionej Zbrodnią i karą ponieważ Dostojewski nie pozwolił czytelnikowi samemu domyślić się kto zabił (Czyli to coś jak „Columbo”, tak? – słusznie zauważa rozbawiony czytelnik).

Kilka dni temu w Dużym Formacie ukazał się artykulik zachwyconego pomysłem „Recenzji z Lubimy Czytać”  Wojciecha Orlińskiego. Przytacza on i komentuje swoje ulubione urywki z fanpage’a, konstatując z przymrużeniem oka, że ci wszyscy internauci – zwykle licealiści – na których arcydzieła literatury nie robią wrażenia, mają w tym dużo racji; szkoły nie zapewniają potencjalnemu czytelnikowi „wielkiej literatury” wystarczającego backgroundu by umiał wyciągnąć z niej coś więcej niż to, co na papierze. 

Serwis Lubimy Czytać, z którego zaczerpnięte są wszystkie komentarze o lekturach, podchodzi do sprawy bard
zo poważnie. Od razu, chyba następnego dnia po publikacji artykułu z Wyborczej, wystosował na swojej stronie oficjalne oświadczenie (które możecie przeczytać pod tym linkiem). Zrozumiałym jest, że LC broni swoich użytkowników, ale popełnia przy tym pewien błąd.

"[Każda osoba będąca użytkownikiem LC] sygnuje wystawianą przez siebie opinię wybranym przez siebie podpisem. Z każdą z nich – w przypadku, kiedy posłuży się językiem nielicującym z netykietą – można się skontaktować czy to via wewnętrzne wiadomości na lubimyczytać.pl, czy to poprzez pocztę elektroniczną. [...] W naszej opinii taką świętością są prawa autorskie, a te nie są przestrzegane przez osobę, która założyła wspomniany fanpage. Bez zgody użytkowników i serwisu lubimyczytać.pl wykorzystuje nicki, awatary, a przede wszystkim całe teksty autorskie."


Nie dziwię się, że przeciętny fan Harlana Cobena spodziewa się typowego kryminału kiedy widzi w tytule coś o zbrodni. Nie dziwię się też, że „Proces” Kafki nie robi na kimś wrażenia, bo nie tego się spodziewał i nie to go interesuje. Ludzie są teraz przemieleni przez popkulturę, nieprzyzwyczajeni do myślenia i spodziewają się tylko happy endów – trudno ich za to winić i bez sensu jest ich za to wyzywać ad personam  po prostu nie każdy musi być inteligentem i patrzeć na wszystko z szerokiej perspektywy. Ale szydzenie z ludzi to jedno, a z popełnionych przez nich głupotek to zupełnie co innego – kto nigdy nie śmiał się ze szkolnych kwiatków czy podobnych tworów niech pierwszy rzuci kamieniem. Powiem więcej: bez sensu jest się obchodzić z każdym czytelnikiem jak z jajkiem tylko dlatego, że podwyższa krajowi statystki czytelnictwa. Sam fakt bezmyślnego przelecenia wzrokiem po tekście nie jest żadnym chlubnym osiągnięciem i jak ktoś nie zastanawia się nad swoją lekturą to wyniesie z niej równie wiele co z pierwszego lepszego harlequina, czyli niewiele. To prawda, że niektóre szkolne lektury „szału nie robią”, ale jeśli ktoś nie ma żadnej wiedzy czy przemyśleń na poparcie takiej opinii, to trudno ją traktować poważnie.

W dobie Internetu pojawiło się znacznie więcej możliwości żeby pożartować sobie z czyjejś twórczości i wytknąć jej niedociągnięcia lub rażące braki. Od lat sporą popularnością cieszą się blogi z analizami, które rozprawiają się z niskich lotów tworami publikowanymi w sieci, a coraz częściej też wydawanymi drukiem. Te lepsze czynią to w sposób równie prześmiewczy co merytoryczny, zwracając uwagę na błędy logiczne bądź, jak w przypadku Zmierzchu czy 50 Twarzy Grey’a, na nieskończone pokłady patologii, na które normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi (A, bo to tylko romans dla nastolatek/zwykłe sado-maso), bo skrywają się pod płaszczykiem bycia romansem i nawet nie dostrzegamy jakie to wszystko szkodliwe. A skoro można pożartować z kiepskich utworów, dlaczego by nie zrobić tego samego z kiepskimi komentarzami? I tu wracamy do „Recenzji z Lubimy Czytać”.

Wspomniany artykuł z Wyborczej na pewno pomógł „Recenzjom…” zdobyć więcej lajków, ale przyczynił się też do ostrej reakcji LC, którego głównym zarzutem jest to, że użytkownicy serwisu nie są anonimowi i nieraz sygnują swoje opinie własnym nazwiskiem, że nie jest możliwe, by każdy użytkownik  był krytykiem literackim, a w końcu coś o prawach autorskich. Spodziewam się, że niedługo posypią się pozwy do sondu i autorka „Recenzji…” będzie musiała otworzyć, ekhm, wynająć adwokata. Cały ten „oburz” jest moim zdaniem całkowicie bezzasadny (wątpię, by użytkownicy LC zaczęli masowo uciekać z serwisu w obawie przed odkryciem przez „Recenzje…”).

"Nie jest możliwe, aby wszyscy użytkownicy, którzy odwiedzają serwis, byli literackimi krytykami i posługiwali się nienaganną polszczyzną. Ale każda z tych osób ma prawo do wyrażenia swojej opinii na temat przeczytanych książek – nawet jeśli jest to kanon polskiej literatury, który od lat obowiązuje w szkolnictwie i o którym większość z nas jest w stanie szczerze powiedzieć, że „szału nie robi”. Wyśmiewanie tych wpisów wydaje się niepotrzebne. Zwłaszcza w Polsce, w kraju, gdzie odsetek tych, którzy przeczytali w ciągu roku choć jedną książkę, wynosi 41,7% (dane z roku 2014)."

O ile zgodziłabym się, że można niektórym oszczędzić wstydu i wymazać ich nazwiska ze screenów zamieszczonych na facebooku, o tyle jednak jest to niemożliwe, bo tych nazwisk tam zwyczajnie nigdy nie było, a wszystkim bohaterom „Recenzji…” została zapewniona anonimowość (bo jak tu się doszukiwać który z milionów Pawłów – bez nazwiska – jest autorem danego komentarza, czy komu by się chciało rozszyfrowywać tożsamość Piramidzi czy innej neko_chan).

Nikt też nie wymaga od przeciętnego internauty ponadprzeciętnego warsztatu czy wiedzy filologa, jednak nie sposób nie zwrócić uwagi na pewne rażące braki czy zabawne niezręczności. Każdy, kto udziela się w Internecie musi być przygotowany na to, że jego akcje mogą wzbudzić reakcje i, publikując coko
lwiek, nawet krótki komentarz, trzeba mieć na względzie, że może się to spotkać z krytyką. Nie autora – jeśli mówimy o zachowaniu kulturalnym – ale samego produktu. Założycielka strony na facebooku nie powiedziała ani jednego złego słowa o użytkownikach serwisu Lubimy Czytać, bo ich notatki mówią same za siebie, a komentarze pod postami są moderowane, i choć często piszą je osoby załamane poziomem edukacji i wrażliwości widocznym na screenach (choć zdarzają się i tacy, co odnajdują w nich również gorzką prawdę na temat wyniesionych na piedestał lektur), nigdy nie jest to zwykły hejt. Jest ironicznie, żartobliwie, ale w granicach dobrego smaku.

W końcu – kwestia praw autorskich. Założycielka „Recenzji…” nie przypisuje sobie autorstwa przytaczanych opinii, przy czym prawo cytatu zapewnia jej możliwość przytaczania nawet drobnych utworów w całości. I chociaż wszelkie szczegółowe dane personalne (inne niż imię czy nick) zostały usunięte, to trzeba przyznać, że raczej z korzyścią dla autora.

Co z tego wszystkiego wynika? „Recenzje z Lubimy Czytać” uważam za dobrą i nieszkodliwą zabawę, serwisowi i jego użytkownikom życzę więcej dystansu i humoru, natomiast polskiego szkolnictwa, które nie kształtuje młodych umysłów, nie uczy wyciągać wniosków (że może jak w powieści bohater nie umie wyrwać się z marazmu to da się z tego wyciągnąć inne odczucia, niż że książka nudna, strata czasu?) i produkuje w większości czytelników, którzy są w stanie tylko bezkrytycznie zachwycić się Paolo Coelho, chyba nic już nie uratuje. Szkoda tylko, że dobra literatura na tym cierpi, bo brakuje jej targetu, i że nie wszyscy zdają sobie sprawę, że czytanie czytaniu nierówne.
Obsługiwane przez usługę Blogger.