… a dlaczego z poślizgiem, to
zaraz przeczytacie.
Nie jestem fanką „Gwiezdnych
Wojen”, ale mam do nich pewien sentyment, ponieważ w specjalny sposób zapisały
się w mojej własnej historii miłości do kina. Otóż, pierwsza część oryginalnej
trylogii, „Nowa Nadzieja”, była moim pierwszym filmem z napisami.
Pierwszym filmem z napisami w kinie był chyba „Park Jurajski 3”, oglądany
trochę później, kiedy już znacznie lepiej ogarniałam czytanie. I chociaż „Gwiezdne
Wojny” pewnie trochę bardziej oglądałam niż rozumiałam, to wtedy zrobiły na
mnie całkiem spore wrażenie, czego dowodem może być to, że potem przez jakiś
czas pisałam długopisem z Jar Jarem (tak, wiem co większość sądzi na ten temat,
ale zawsze lubiłam miłe „zwierzątka”, więc przemawiał do mojej ówczesnej duszy).
Przyznam szczerze, że gdybym
miała wskazać które części „Star Warsów” widziałam, to nie byłabym w stanie
odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. Pewnie musiałam widzieć przynajmniej
dwa z trzech oryginalnie pierwszych filmów, na pewno pamiętam oglądanie małego
Anakinka z „Mrocznego widma”, i kilka lat później, w trakcie kolonii, uciekłam
z koleżankami z sali, w której oglądałyśmy „Atak klonów”, bo w pewnym momencie
dostałyśmy głupawki (długa historia). Jak widać – nie jestem ekspertem.
Jednak kiedy przed Świętami na
świecie napięcie sięgnęło zenitu i zewsząd dochodziły mnie słuchy o
podekscytowanych fanach, którzy nie mogli się doczekać premiery, coś we mnie
pękło. Nie mogłam się już temu przyglądać obojętnie – to było zjawisko
globalne, łączące ludzi, właściwie można było z góry uznać, że historyczne.
Nigdy nie byłam jedną z tych osób, które w wielkim tłumie przypuszczały o
północy szturm na księgarnie w dniu premiery nowego „Harry’ego Pottera”, albo
wydawały z siebie okrzyki zawodu bądź radości sekundę po kolejnym odcinku „Gry o Tron”.
Zawsze jednak silnie przeżywałam wszelkie zetknięcia z ulubionymi dziełami (pop)kultury,
więc moje serce nie pozostało zimne, a w oku szybko zakręciła się łezka kiedy
doszły do mnie pierwsze wieści z frontu.
Jak tu się nie wzruszyć kiedy
media donoszą, że ludzie czekają w kolejce po bilety nawet po dwanaście dni,
żeby załapać się na przedpremierę? To jest prawdziwe fanowskie poświęcenie,
które przybliża nas do czasów dzieciństwa, kiedy lista naszych priorytetów nie
była jeszcze przewalona do góry nogami i najważniejsze w życiu były rzeczy
pozornie błahe, a tak naprawdę po prostu sprawiające radość.
Całkowitym przełomem był dla mnie
moment, kiedy natrafiłam na facebooku na status kobiety, której mąż poszedł na
premierę „Star Wars”. Opisywała jak jej małżonek, niezwykle podekscytowany,
siedział w fotelu już na dwie czy trzy godziny przed rozpoczęciem seansu – i nie
był jedyny! Ta dziecięca radość, która połączyła dorosłych ludzi, wydaje mi się
jedną z najpiękniejszych rzeczy na świecie i jestem szczególnie wdzięczna
popkulturze, że ją w nas co jakiś czas na nowo rozpala. Ponieważ czasem nie
chodzi o to, żeby się szczególnie ubogacić intelektualnie czy emocjonalnie, ani
nawet, dla kontrastu, zwyczajnie „odmóżdżyć” po ciężkim dniu. Czasem chcemy w najprostszy
sposób poczuć beztroskę i szczęście, a po spojrzeniu w lewo i w prawo dostrzec
to samo w oczach drugiego człowieka. W tym jest prawdziwe piękno.
Te wszystkie przemyślenia
doprowadziły mnie do wniosku, że jednak do kina pójść trzeba, nawet jeśli nie
dam rady przypomnieć sobie na czas poprzednich części. I, kiedy wczoraj przed
samym snem zobaczyłam, że już coraz trudniej o bilety nie z samego rana i/lub z
dubbingiem, spontanicznie zarezerwowałam odpowiednie miejsce o odpowiednio późnej
godzinie i również poczułam cząstkę tej radości, o której wcześniej pisałam. Zabawne
było to, że kiedy jechałam odebrać bilety przypomniałam sobie, że faktycznie
nie kojarzę fabuły poprzednich filmów (jakby mnie ktoś zapytał o czym są „Gwiezdne
Wojny” to powiedziałabym tylko, że to film, w którym Vader jest ojcem Luke’a, a Han strzelił pierwszy) więc w metrze dokonałam heroicznego czynu i zdołałam
przeczytać streszczenie części IV – VI. Kupując popcorn wiedziałam już
wszystko, co trzeba.
Byłam na to przygotowana, ale i tak bardzo mnie ucieszyło intro w oryginalnym stylu, przypominające czasy dzieciństwa. Ja w ogóle mam ogromną słabość do wszelkiego rodzaju intro i zawsze płaczę kiedy zza chmur wyłania się napis „Harry Potter” lub kiedy nad zamkiem Disney’a przelatuje kometa. Dlatego mogę chyba śmiało założyć, że już od początku byłam niemal tak samo zachwycona, że jestem w kinie, jak każdy fan serii. Podobał mi się ten swojski klimat i to, że spece of efektów zadbali o to, żeby stare nie było przestarzałe i śmieszne, a jak najzupełniej właściwe (ujęły mnie stare czcionki i przejścia między scenami). Jestem wręcz pod wrażeniem, że ani przez chwilę nie miałam takiego uczucia jak przy grze „Alien: Isolation”, która też idealnie odtwarza oryginalną technologię z filmów z Susan Sarandon (i co mi się generalnie też bardzo podoba), bo w tamtym przypadku jednak często łapałam się na myśleniu jakie to urocze, że dawniej ludzie tak sobie wyobrażali zaawansowaną, futurystyczną technologię.
Sama fabuła zarysowuje się dosyć
prosto: mamy mapę, poszukiwanie i nowe pokolenie głównych bohaterów.
Tradycyjnie musiało się pojawić trochę uproszczeń fabularnych jak miłość instant i pierwszy raz w życiu trzymam broń, ale ja po prostu mam talent,
ale nie przeszkadzają znacząco w odbiorze całości i w końcu nie jeden raz
wybaczaliśmy filmom gorsze przewinienia. Dla mnie osobiście największą
przyjemnością była możliwość zobaczenia wiecznie młodego duchem Harrisona
Forda, który cudownie sprawdził się w swojej roli i nadal można było dostrzec
jego urok osobisty, a jednocześnie nie przyćmił swoim blaskiem i chwałą reszty
postaci. W ogóle to właśnie na tym, co znane i lubiane opiera się sukces
najnowszej części serii – na powrocie do korzeni, do tego, co darzymy
sentymentem i na puszczaniu oka do fanów.
Z kolei z nowości i zaskoczeń muszę
wymienić rolę Domhnalla Gleesona, sympatycznego rudzielca z „Czasu na Miłość”,
bez którego najwyraźniej w ostatnich czasach nie można nakręcić żadnego filmu (przejrzyjcie
choćby listę filmów nominowanych do Oscara, a szybko zorientujecie się, że jest
przynajmniej jeden wspólny mianownik). Wypadł w swojej roli naprawdę dobrze,
bez tej ciężkości i manieryczności, która często psuje czarne charaktery. Nawet
w scenie, w której ewidentnie nasuwało się skojarzenie z przemowami Hitlera
Gleeson nie popada w przesadę. Protagonistka filmu, grana przez Daisy Ridley,
też była pozytywnym zaskoczeniem. Im dłużej na nią patrzyłam tym bardziej
miałam wrażenie, że nawet z twarzy wygląda tak… gwiezdnowojennie, i udźwignęła
większość scen, nie irytując przy tym swoją wszechcudownością, która rosła w
postępie geometrycznym. Ostatecznie jednak moje serce należy do przesłodkiego
BB-8, który mimo bycia metalowym robotem wydał mi się bardziej uroczy niż
niejedno słodkie zwierzątko z youtube’a.
W końcu, moją uwagę przykuła w pewnym
momencie scena w barze, do którego trafiają bohaterowie. To, jak roi się w nim
od przedziwnych gatunków stworów, których różnorodność mamy okazję zobaczyć w
ciągu zaledwie kilku(nastu)sekundowej wycieczki dookoła knajpy, przypomina o
bogactwie świata i o tym, jak wiele ciągle ma do zaoferowania. Już ta jedna
scena może zainspirować do serii spin-offów, wobec czego w ogóle mnie nie
dziwi, że planowany jest kolejny star warsowy film, a nawet nie byłabym
zaskoczona gdyby ta tradycja nieco rozciągnęła się w czasie. Wprawdzie wielu
powie, że bez (wstawcie ulubione postacie) Gwiezdne Wojny nie mają sensu, sama
nawet miałam takie przemyślenia, ale przy odrobinie szczęścia i odpowiednim
podejściu twórcy może dadzą nam pokochać nowych bohaterów i nowe historie, i być
może długo jeszcze nie przyjdzie czas pożegnania z odległą galaktyką.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz